Dzień 1 - 28.07.2004
środa
Dąbrowa Górnicza - Mosnov
Dystans - 145, 2 km
Wyjazd zaplanowaliśmy około 8.00 rano - po Mszy Św. Gdy spotykamy się o 7.00 Tomek robi ostatnie poprawki przy pedale i oponie, które powodują że wyjazd opóźnia się prawie o pół godziny. Przed wyjazdem spotykamy się z Łukaszem, który chce przejechać część trasy pierwszego dnia z nami. O 9.00 jesteśmy gotowi i jazda! Z początku nie jesteśmy przyzwyczajeni do aż tak ciężkich sakw i szwankuje trochę nasza równowaga ale z każdym kilometrem jest coraz lepiej. W Tychach mijamy pieszą pielgrzymkę do Częstochowy - chyba mamy coś wspólnego. Pierwszy postój w Wyrach - Tomek wymienia wentyl, który wydaje się na że "popuszcza". Zaraz potem opuszcza nas Łukasz. Przez pierwsze kilometry które pokonujemy sami dominuje temat "jak to będzie" W Suszcu spotykamy Ślązaków - pierwszych cykloturystów na trasie - życzą nam powodzenia. Po przejeździe przez Żory zaczynają się małe wzniesienia, przeszkadzają nam także ciężarówki. W Połomii ważymy rowery (w punkcie skupu złomu), ważą 50 kg, ale waga ma dokładność do 50 kg :-). Na drugiej wadze w Mszanie z dokładnością do 1 kg wychodzi 40 kg na 1 rower. Tuż przed granicą ostatnie telefony do domu - w końcu nie wiemy kiedy uda nam się porozmawiać za względnie niewielkie pieniądze. Niezwykle uprzejmy pogranicznik w Chałupkach sprawdza czy mamy zapasowe opony, dętki i namiot... i Czechy stoją przed nami otworem. Przejeżdżamy przez Bohumin i Ostrawę. Daje się odczuć zmęczenie - pierwszy dzień mimo wcześniejszych treningów jest męczący, a dodatkowo jedziemy główną drogą przez miasto. Za Ostrawą, która wydaje się nie mieć końca ładne widoki na góry Oderskie. Gubimy drogę, ale potem okazuje się, że jednak był objazd. Pierwsza próba noclegu na gospodarza spalona - ale za to już wiemy, że namiot to "stan". Po komentarzu nt. naszej trasy - "Jezus Maria" jedziemy dalej. Drugie podejście w następnej wsi jest lepsze. Śpimy w "centrum" wsi w sadzie, dostajemy wodę i jabłka wraz z pytaniem w pięknym czeskim języku: "a rano pojdietie precz?" Potwierdzamy, zaraz potem wkładamy rowery do namiotu i sami również wpełzamy do śpiworów.
Do góry
Dzień 2 - 29.07.2004
czwartek
Mosnov - Urcice
Dystans - 115,36 km
Wczorajsze chmury przyniosły nam deszcz. Pada na tyle mocno, że musimy czekać, i wyjeżdżamy dopiero po 10.00. Pierwsze kilkanaście kilometrów jest naprawdę nieciekawe - cały czas mży. Dopiero po 40 kilometrach pogoda się poprawia. Na 30 kilometrze źle skręcamy - zamiast przez Nemetice jedziemy przez Kelc - i w ten sposób sporo nadrabiamy. W Kelcu robimy postój na przystanku autobusowym - jest przytulnie - przystanek ma drzwi i okno - prawie jak w domu. Po postoju wreszcie się przejaśnia, ale za to zaczynają się "hory" - Czesi mają jakieś wybitne upodobanie do prowadzenia dróg przez same środki wzniesień. Troszkę nas wykańczają podjazdy, ale w końcu czeka nas parokilometrowy zjazd do Prerova. W Prerovie "wieje Europą" - wszędzie ścieżki rowerowe, na dodatek dwukierunkowe, i z własnymi przejściami podziemnymi (!). Po wyjeździe z miasta czeka nas kilkanaście kilometrów zupełnie płaską drogą w dolinie Moravy. W ciągu całego dnia niemal w każdej wsi widzimy dziwne budowle - na wysokich słupach umieszczone są wielkie kule - trochę kosmiczny widok - nie mamy pojęcia do czego mogą służyć. Po dojechaniu do Vysovic - planowany nocleg - okazuje się, że za bardzo nie ma gdzie rozbić namiotu, gdyż w całej wsi zwarta zabudowa, a na
dodatek żywego ducha na ulicach, tak że nawet nie mamy za bardzo kogo zapytać. Padnięci dojeżdżamy do następnej wsi - Urcice, gdzie za drugim podejściem dowiadujemy się o nieczynnej knajpie z ławeczkami za wsią gdzie można się rozbić. Miejsce okazuje się rzeczywiście spokojne. Tyle, że żeby tam dojechać trzeba było podjechać 10 % podjazdem....
Do góry
Dzień 3 - 30.07.2004
piątek
Urcice - Nove Sady
Dystans - 102,6 km
Od rana świeci słońce. Od początku mamy ciąg dalszy wczorajszego podjazdu, ale po pierwszym kilometrze
przy drodze rosną tak smaczne czereśnie, że wynagradzają nam wszelkie trudy.
Aż dziwne że oni nic z nimi nie robią... Po kilku kilometrach okazuje się, że zaplanowana trasa jest nieprzejezdna
- z opisu mieszkańców wsi dowiadujemy się - a może raczej domyślamy - że w lesie jest poligon wojskowy, normalne,
że nie ma go na naszej mapie. Zbija nas to trochę z tropu, ponieważ objazd ma jakieś kilkanaście kilometrów, no
ale skoro nie ma wyjścia... Pierwsze kilometry są spokojne, ale potem zaczyna się podjazd - z początku 12 %.
Myśląc, że skończy się za najbliższym zakrętem, przejeżdżamy prawie 7 km. Wreszcie wyjeżdżamy z lasu i zostajemy
nagrodzeni solidnym, kilkukilometrowym zjazdem. Pojawiają się pierwsze ostańce wapienne - znak, że wjeżdżamy do
Morawskiego Krasu. Po podjeździe z kilkoma serpentynami podjeżdżamy do "propasti" Macocha (taka malutka przepaść
o głębokości 138 m), ale okazuje się, że bilety do jaskini dostępne są dopiero na 16.30 (jest 13.00). Troszkę
zdenerwowani robimy kilka fotek i jedziemy dalej. Początkowo jedziemy fantastyczną wąską dolinką krasową, potem
od Blanska wyjeżdżamy na główną trasę, ale cały czas jedziemy w przyjemnym cieniu. Zaczyna się dłuższy podjazd,
ale umilamy go sobie zjadając niewiarygodnie tanie lody w jednej wsi - jakieś 600 ml "na łebka". Tak pokrzepieni
ruszamy dalej - jak się okazuje droga robi się coraz bardziej uciążliwa - ciągłe podjazdy i zjazdy - nawet do 14%.
W pewnym momencie kończy nam się picie, a na złość przez 7 km ostrego podjazdu nie ma gdzie napełnić bidonów.
Dopiero po dłuższym czasie znajdujemy wieś i sklep. Po odpoczynku jest już łatwiej, droga staje się bardziej
płaska jedziemy wierzchowiną, i dopiero pod koniec dnia czeka nas mały zjazd do Velkiej Bites. Mamy małe problemy
z wyjechaniem z miasta (wcale niedużego), i już jedziemy w kierunku noclegu. W Novych Sadach pierwszy napotkany
człowiek kręci nosem na pytanie o możliwość rozbicia namiotu u niego, ale za to wysyła nas nad rybnik.... jak się okazuje staw :-) Miejsce na nocleg nad stawem jest ładne,
gdyby nie to że staw jest jakieś 300 metrów od autostrady Praga - Brno. Ukołysani szumem silników ciężarówek
zasypiamy....
Do góry
Dzień 4 - 31.07.2004
sobota
Nove Sady - Dobra Voda
Dystans - 107,39 km
Po nocy przy autostradzie kolejny dzień zaczyna się solidnym upałem od rana, ale trasa wiedzie
przyjemnym zjazdem. Dalej - jak to tradycyjnie w Czechach podjazd zjazd i tak na zmianę, ale Czechy
wynagradzają nam to sielskimi widoczkami. Podjeżdżamy do Trebica, a do samego centrum czeka nas szaleńczy
zjazd. W samo południe w miejscowości Starec decydujemy się przeczekać upał w cieniu drzew na rynku. Czeka
nas małe zaskoczenie, gdy chcemy kupić picie. Okazuje się, że sklepy w soboty czynne są między ... 7.00 a
10.00 rano. Gdy decydujemy się wyruszyć dalej czeka nas solidny podjazd. W połowie okazuje się że jadę
(Łukasz) na lekko zaciśniętym hamulcu (źle przykręcony bagażnik). Od kiedy? Oto jest pytanie. Po poprawkach
jedzie się o niebo lepiej. Gdy w Rimorze z powodu braku sklepu decydujemy się poprosić kogoś o napełnienie
bidonów, kobieta podlewająca kwiaty poproszona o wodę przynosi nam wodę, butelkę napoju i piwo.... Brakuje
nam słów wdzięczności dla spotkanych ludzi. A jak się później okazuje to dopiero miał być początek. Za
Cervenym Hradkiem (swoją drogą wiele wsi ma tutaj bardzo ciekawe nazwy) obżeramy się czereśniami, jakich
w życiu nie widzieliśmy. Tylko świadomość, że musimy przejechać dzisiaj jeszcze kilkadziesiąt kilometrów
"ściąga nas" z drzewa. Zjeżdżamy do Dacic - tam na rynku odpoczywamy przy fontannie. Jest bardzo przyjemnie
- ot, takie leniwe sobotnie popołudnie. Dłuższą chwilę leżymy w cieniu zajadając się lodami i popijając
"Hanacką Kyselkę" z lodówki. Po wyjechaniu z Dacic robi się coraz bardziej dziko - coraz mniejsze wioski,
więcej lasów, droga zmienia się w wąską leśną (na szczęście cały czas asfaltową). Po drodze w Ceskim
Rudolcu małe malownicze ruinki.. Nocleg znajdujemy w Dobrej Vodzie - pierwszy raz mamy możliwość
wykąpania się przy studni, dostajemy herbatę - i wreszcie możemy się solidnie wyspać, ponieważ
rowery nie śpią z nami, tylko spokojnie stoją zamknięte w garażu.
Do góry
Dzień 5 - 01.08.2004
niedziela
Dobra Voda - Chlum
Dystans - 87,52 km
Dzień zaczyna się nieźle, mimo że od rana pada, a może raczej siąpi. Na szczęście po jakimś czasie
pogoda się zdecydowanie poprawia. Na dobry początek kilkukilometrowy zjazd. Za Lasenicami zjeżdżamy w kierunku
rezerwatu biosfery UNESCO Trebonsko. Przez kilka kilometrów jedziemy wzdłuż stawów rybnych, drogi
niekiedy wiodą groblami pomiędzy jeziorami. Jest ślicznie, atmosferę wzbogacają kaczki, które cały
czas z nas "polewają". Wjeżdżamy do Trebonia - ładne stare miasto z kościołem z XIV w, ale msza była
rano i będzie wieczorem. Zwiedzamy kościół i jedziemy dalej. W Domanicach na postoju pies kradnie moją
(Łukasza) kromkę - bezczelność. Po postoju średniej jakości odcinek z podjazdem na końcu i ładnym zjazdem
do Ceskich Budejovic -zjazdowi towarzyszyły świetne widoki na miasto i niedalekie już góry. W Ceskich
Budejovicach okazuje się, że do mszy mamy 3 godziny, więc robimy zdjęcia, jemy pizzę (www.cafe-apollo.cz)
i lody, zwiedzamy starówkę a potem leżymy nad Wełtawą. Po mszy (po czesku, 50 osób w całej katedrze)
jedziemy dalej, najpierw bardzo ruchliwą drogą. Pierwsza próba noclegu w Kremże spalona, ale za drugim
podejściem możemy rozbić się na łące, mamy również dostęp do wody.
Do góry
Dzień 6 - 02.08.2004
poniedziałek
Chlum - Passau
Dystans - 122,26 km
No i zaczyna się ostatni dzień w Czechach. Początkowo jazda przez góry jest znośna,
ale za wsią Brloh zaczynają się "rzeźnie". Jeden, drugi, trzeci podjazd, prawie każdy ma miejscami ponad 10%.
Podjeżdżamy, podjeżdżamy, i po pewnym czasie nie dziwi nas, że jesteśmy w Kristanovicach - na wysokości ponad 900 m.
n.p.m. Wynagradzają nam trochę górskie widoki. Na szczęście każdy podjazd prędzej czy później kończy się zjazdem :-)
Po kilkunastu kilometrach pojawia się znak mówiący, że do Volar, miasta przed granicą droga jest zamknięta.
Z mapy wynika, że objazd miałby jakieś minimum 40 kilometrów, więc niewiele się zastanawiając ruszamy zamkniętą
drogą. Na całej długości (ponad 10 km) jest położony nowiutki asfalt. Jak się okazuje, nie mieliśmy żadnych
problemów z przejechaniem, gładziutki asfalt, ani jednego samochodu, i tylko w jednym miejscu dziwnie patrzyli
się na nas pracownicy budowlani. Po drodze mijamy źródełko, i za chwilę po odjeździe musimy pojawić się przy
nim ponownie, bo Tomek zostawia bidony. W Volarach robimy ostatnie zakupy za korony i w drogę do Niemiec.
Aha, trochę dziwne jest to, że większość samochodów, które nas mijają, jest na rejestracjach nie niemieckich, ani czeskich a...
holenderskich! Jakiś masowy exodus Holendrów, czy co? :-)Czesi musieli wydać chyba dobry przewodnik po kraju w tym języku....
Atmosfera robi się nieco gęsta i przygnębiająca, przez kilka kilometrów towarzyszą nam przydrożne stragany,
brud, i bezzębne prostytutki wzdłuż drogi, które na dodatek do nas machają. Brrr... Na granicy Tomek zdaje egzamin
z języka na bdb. Celnik wypytuje dokładnie o cel podróży, życzy powodzenia, i jedziemy dalej. Jeszcze
troszeczkę podjazdu, a potem 8 km, które pokonujemy świetnym zjazdem w 20 minut. Zatrzymujemy się na postój
w Freyung. Dalej decydujemy, że skoro mamy dwa dni w zapasie (do Biel w Szwajcarii mamy dojechać dopiero
10 sierpnia) to może warto zobaczyć Passau. Jak się okazuje - nasza decyzja jest słuszna. Do Passau
jedziemy główną drogą, troszkę przeszkadza ruch, ale za to jest cały czas z górki. W 1 h 35 minut
pokonujemy 40 km dzielące nas od Passau. Tam decydujemy zanocować po raz pierwszy na campingu.
Jak wielkie jest nasze zdziwienie, gdy okazuje się, że camping prowadzą... Polacy. Na campingu
świetna atmosfera, prawie sami turyści rowerowi. Oczywiście wszystkie rowery zostają na noc na zewnątrz, i nikt nawet nie myśli żeby je kraść...
Wieczorem zwiedzamy śliczne stare miasto oraz miejsce, gdzie Inn wpada do Dunaju. Wieczorem,
gdy myjemy menażki (pamiętające czasy rodziców) jakiś Węgier pyta nas, czy jesteśmy Polakami.
Zapytany, skąd wie, pokazuje na menażki i mówi, że ma takie same - kupił 20 lat temu w Warszawie.
Po chwili rozmowy kończy łamaną polszczyzną: "Polak - Węgier dwa bratanki i do bitki i do szklanki".
Robi się niemal rodzinnie. :-)
Do góry
Dzień 7 - 03.08.2004
wtorek
Passau - Lappach
Dystans - 136,79 km
Nocleg, mimo moich uprzedzeń do campingów okazał się fenomenalny.
Rano zwiedzamy katedrę, gdyż poprzedniego dnia był koncert i nie była zamknięta dla zwiedzających.
Warto było poczekać, gdyż barokowy gmach kryje w sobie największe na świecie organy piszczałkowe.
Robią wrażenie. Robimy pierwsze zakupy w Niemczech, i od razu mało brakowało, a za 2 czekolady zamiast
1,3 euro zapłaciłbym 13. :-) Wyjazd z miasta jest tragiczny, parę razy pytamy o drogę, a dodatkowo
towarzyszy nam olbrzymi ruch samochodów. W południe postój w Bad Birnbach, ale problemem jest znalezienie
sklepu z piciem. Gdy już znajdujemy sklep, dodatkowo jesteśmy zaskoczeni faktem, iż na każdą butelkę
plastikową pobierana jest kaucja, i to wcale nie mała, bo 0,25 euro (jak się później okazało każdy
market ma swój system zwrotu kaucji). Na przystanku spotykamy dwóch lekko podchmielonych Bawarczyków. Okazali się sympatyczni,
choć za Chiny nie mogliśmy się dogadać. Po postoju znajdujemy ścieżkę rowerową - Rottalradweg, która
prowadzi nas przez kilkadziesiąt kilometrów. Początkowo jedzie się na nią bardzo komfortowo, ale
później robi się coraz bardziej zaniedbana, decydujemy się więc wrócić na główną drogę. Niemal
przy każdym postoju koło marketu zatrzymuje się ktoś przy nas, pyta skąd jedziemy, życzy nam
powodzenia. Wszystko to jest bardzo miłe. Dojeżdżamy do Neumarkt St Veit, zastanawiając się co dalej,
ponieważ odcinek między NSV a okolicami Monachium nie był zawarty na żadnej z naszych map. Na stacji
benzynowej dowiadujemy się jak jechać - pozytywnie zaskakuje nas fakt, że do dzisiejszego celu
pozostało około 20 kilometrów. Aha, cały dzień towarzyszą na sielskie bawarskie widoczki - pola uprawne,
Małe wioski z domami z obowiązkowymi pelargoniami w oknach, i.... wszechobecny zapach gnojówki :-).
No cóż, przynajmniej mają zdrową żywność. W jednym z takich domów pytamy o miejsce pod namiot
(z niewielkim obawami, ponieważ nigdzie nie czytaliśmy, czy ktoś nocował w Niemczech "na gospodarza").
Ale pierwsze podejście okazuje się być trafione - dostajemy kawałek łąki, a na dodatek zostajemy
zaproszeni na kolację.
Do góry
Dzień 8 - 04.08.2004
środa
Lappach - Steinlach
Dystans - 118,52 km
Dzisiejszy etap z założenia odpoczynkowy.
Rano dostajemy zaproszenie na śniadanie od gospodarzy przekazane
przez ich 5 letnią córkę. Pyta nas po niemiecku: "czy mamy ochotę na kawę".
Taaa, żaden z nas nie pije kawy, ale jej to wytłumaczyć? Dziewczę nie reaguje na żadne nasze odpowiedzi,
dopiero, gdy zrezygnowani mówimy: "tak, mamy ochotę na kawę" uśmiecha się promiennie i biegnie do domu.
Za chwilę siedzimy na tarasie i oglądając poranne mgiełki pijemy nieszczęsną kawę, zajadając się tostami.
Ale "komu w drogę, temu w nosek nogę" i w niedługim czasie dojeżdżamy do Monachium. Z daleka widać
charakterystyczny wieżowiec BMW. Zwiedzamy najpierw Englischer Garten i jemy tam śniadanie. Potem
jedziemy do Parku Olimpijskiego. Oglądamy Stadion Olimpijski - trzeba przyznać że robi wrażenie,
wjeżdżamy na wieżę (jakieś 300m.). Miało być widać Alpy, ale nie było to nam jeszcze dane :-)
lekka mgiełka zrobiła swoje, ale widok i tak jest świetny. Z Parku Olimpijskiego jedziemy
w stronę starówki. Poruszanie po mieście znacznie ułatwiają ścieżki rowerowe, poprowadzone
wzdłuż prawie każdej ulicy. No i ta kultura kierowców... Oglądamy starówkę, a raczej próbujemy
obejrzeć, gdyż towarzyszy nam chyba z 1000000 turystów ;-) Wydostajemy się szczęśliwie ze
starówki przy pomocy jakiegoś Monachijczyka, który chciał pozostać anonimowy. Docieramy do
siedziby FC Bayern - (Tomek nalegał, no cóż - bycie fanem zobowiązuje :-)). Wyjeżdżamy z
miasta z przeświadczeniem, że jest tragicznie późno. Do Alling, gdzie planowaliśmy nocleg
docieramy po 20:30 i już za późno by kogoś znaleźć. Jakiś tutejszy poleca nam jeziorka
niedaleko miasteczka, ale miejsca na rozbicie namiotu tam nie znajdujemy. Koniec końców
decydujemy się na nocleg w lesie. Noc jest ciepła, więc nie rozkładamy namiotu (a może
dlatego że nie ma na to miejsca) ;-), przykrywamy rowery tropikiem, żeby za bardzo nie
błyszczały - i próbujemy zasnąć. Noce w lesie bez namiotu mają swój urok...
Do góry
Dzień 9 - 05.08.2004
czwartek
Steinlach - Unterthingau
Dystans - 104,28 km
No dobra, spaliśmy może ze dwie godziny. Przed wschodem słońca zbieramy się z mocnym postanowieniem,
że odeśpimy nad Ammersee. Dojeżdżamy do Steigen, nad jeziorem jesteśmy o 9.00. Panuje leniwa poranna
atmosfera, nad jeziorem wisi jeszcze mgła... Jemy śniadanko na ławce, oczywiście ktoś z przechodniów życzy nam "bon apetit"a następnie rozkładamy karimaty na plaży
i "uderzamy w kimono". Gdy budzimy się o 11.00 słonko przygrzewa naprawdę solidnie, więc niewiele myśląc
wędrujemy do wody. Jezioro- hmmmm - było dość charakterystyczne - jakieś 100 metrów od brzegu, a woda
po kolana, ale za to bardzo ciepła.. No, ale w końcu trzeba ruszyć dalej. Upał staje się coraz bardziej
nieznośny, ale na szczęście życzliwość ludzi napędza nasze rowery. Gdzieś dostajemy za darmo wodę, kobieta
widząc nas stojących z mapą zatrzymuje samochód na środku skrzyżowania i pyta czy nam nie pomóc....dziwny
kraj :-) Po postoju połączonym ze zjedzeniem ogromnej porcji lodów musimy podjechać solidny podjazd
- fragmentami na około miał przynajmniej z 15%. W wykańczającym upale jedziemy jeszcze z 20 km. Nocleg
znajdujemy w Unterthingau, tuż po tym jak 3 razy gubimy drogę. Gdy znajdujemy już tę właściwą, naprzeciw
nam wychodzi kobieta z dziećmi - co szkodzi zapytać... Oczywiście dostaliśmy nocleg. Gospodarz okazał
się być tutejszym rolnikiem - jak zwykle maleńka obora na jakieś 100 krów. Bierzemy prysznic, na wadze
łazienkowej okazuje się że schudliśmy każdy około 1,5 kg. Zostajemy podjęci olbrzymią kolacją z
deserem , rozmawiamy po angielsko - niemiecku przez godzinę. Po raz pierwszy na wyprawie (jak się później okaże nie po raz ostatni) nie mogę
usnąć z powodu zbyt pełnego żołądka....
Do góry
Dzień 10 - 06.08.2004
piątek
Unterthingau - Bregenz
Dystans - 109,17 km
W świetnych humorach ruszamy dalej. Najpierw jedziemy bocznymi drogami
w kierunku Kempten. Drogi jak na Niemcy są wyjątkowo kiepsko oznakowane,
więc kilka razy musimy pytać o drogę. Zjeżdżamy do miasta,. W Kempten zwiedzamy
starówkę (wydaje się nam, jakby była ciut zbyt nowoczesna jak na stare miasto).
Za miastem zaczyna się podjazd z serpentynami. A potem zjazd, zjazd, zjazd...
Atmosfera jest trochę senna, musimy z tego powodu zatrzymać się na odpoczynek,
ponieważ w pewnym momencie zaczynają mi się kleić powieki :-). W połowie dnia
decydujemy się nieco zmodyfikować trasę, i już za chwilę jedziemy główną trasą
w kierunku Lindau i jeziora Bodeńskiego. W Lindau zwiedzamy niezwykle interesujące
stare miasto na wyspie. Obiad (chleb + dżem) jemy przy akompaniamencie niezwykłego
bluesmana. Teraz trzeba znaleźć camping - myślimy, że tutaj ciężko będzie znaleźć
gospodarzy, ale zaraz... najpierw trzeba było dopełnić jednego z celów wyprawy.
Kąpiel w Bodensee. Towarzyszy nam przez cały czas euforia - jesteśmy już tak
daleko, a w oddali widać już Alpy! Po kąpieli jedziemy wzdłuż jeziora, i
nawet nie zauważamy kiedy jesteśmy już w Austrii. Nocleg znajdujemy na polu
namiotowym - koszmarnie drogim - a na dodatek wielkim, i chyba nieprzyjaznym
dla turystów takich jak my. Wszędzie pełno przyczep campingowych. Trochę
mamy złe humory z tego powodu, ale to nie jest ważne - dzisiaj zobaczyliśmy "brzeg, którego nie ma" :-)
Do góry
Dzień 11 - 07.08.2004
sobota
Bregenz - Flums
Dystans - 88,26 km
Po nocy na wielkim campingu jedziemy w kierunku Szwajcarii.
Od momentu wyjazdu z Bregencji do samej granicy ze Szwajcarią w St.
Margarethen towarzyszy na ogromny ruch, który miejscami zmienia się
w ogromny korek. Jedziemy szybciej od samochodów :-) Szwajcarski celnik
widząc z daleka nasze paszporty macha, żebyśmy jechali dalej, i w efekcie
niemal nie zatrzymując się wjeżdżamy do Helwecji, o której marzyliśmy przez
kilka miesięcy. Bardzo szybko znajdujemy ścieżkę rowerową nr 9, którą mamy
jechać wzdłuż Renu. Pierwszy odpoczynek robimy nad Renem, i w drogę w kierunku
Lichtensteinu. Na początek czeka nas 40 km zupełnie płaskiej drogi wiodącej nad rzeką.
W Buchs przejeżdżamy most graniczny, i już jesteśmy w jednym z najmniejszych
państw Europy. Tylko flagi wiszące na masztach przy moście pokazują nam że
jesteśmy już w innym państwie. Ten sam język, waluta. Miłym dla naszych
oczu akcentem jest widok rejestracji samochodów, które podobnie jak do
niedawna w Polsce są czarne. Robimy postój przy studni w Vaduz,
podziwiając widok na zamek księcia Lichtensteinu. Po kilku
kilometrach wracamy przez most w kierunku Szwajcarii, i zaraz skręcamy
na zachód, w dolinę, która zawiedzie nas do Zurychu. Wcześnie zaczynamy
szukać noclegu. Znajdujemy miłego Szwajcara, który udostępnia nam oborę
rodziców, twierdząc, że może padać. Na szczęście gospodarz mówi dobrze
po angielsku, gdyż jego rodzice mówią tak dziwną odmianą niemieckiego,
że ciężko jest nam cokolwiek zrozumieć. Za chwilę zostajemy zaproszeni do jego
domu, oraz dostajemy pozwolenie na wykąpanie się w jego basenie ogrodowym. Nie
wiem jak opisać nasze uczucia. Jesteśmy gdzieś w Szwajcarii, pływamy
w basenie, a przed nami są Alpy, za nami są Alpy, i po bokach też... :-)
Po kąpieli zostajemy zaproszeni na kolację, składającą się ze spaghetti,
wina i moreli w sosie waniliowym - zrobionych przez panią domu specjalnie dla nas. Gospodarz jak sam twierdzi bardzo
lubi rozmawiać z cudzoziemcami, więc rozmawiamy przez dłuższy czas... o
wszystkim - gospodarce, kulturze, sporcie, polityce, pogodzie, geologii,
oczywiście po angielsku. Wrażenia z tego noclegu zostaną
w nas na długo... Niezapomniane miejsce, a imię jego - Flums.
Do góry
Dzień 12 - 08.08.2004
niedziela
Flums - Meilen
Dystans - 82,33 km
Rano zostaliśmy zaproszeni na śniadanie do rodziców naszego gospodarza (młody szwajcarski ser
i dżem z moreli). Potem poszliśmy na Mszę św. po niemiecku. Wyjechaliśmy z Flums prosto na ścieżkę
nr 9 Zaliczyliśmy kąpiel w Walensee, i ruszyliśmy wzdłuż jeziora. Droga rowerowa prowadziła wzdłuż
autostrady, często zmieniając stronę nad- lub pod drogą. Trasa była przepiękna, najczęściej wiodła
nad taflą jeziora. Po drodze mieliśmy okazję przejechać dwoma tunelami na ścieżce, tylko dla rowerzystów!!!
Odcinek niedzielny, a zatem z założenia odpoczynkowy. Zrobiliśmy tylko jeden odpoczynek, w Rapperswill.
W mieście zwiedziliśmy zamek, który do lat 50 XX wieku był polską własnością, a obecnie mieści się tam
Muzeum Polskie. Zamek jest widoczny z każdego miejsca w mieście. Lekko znużeni upałem wykąpaliśmy się
w Zurichsee - na jednej z nielicznych plaż w tej części jeziora. Nocleg znaleźliśmy w Meilen (właściwie
przedmieścia Zurychu) po długim szukaniu. Wszyscy wysyłali nas na plażę, ale w końcu na samym końcu wsi,
(albo na samej górze) dostaliśmy pozwolenie na rozbicie się na łące. Warto było podjechać.
Namiot rozbijamy z cudownym widokiem na Alpy - wcześniej siedzieliśmy pół godziny i podziwialiśmy.
Do góry
Dzień 13 - 09.08.2004
poniedziałek
Meilen - Obergösgau
Dystans - 99,46 km
Dzień zaczął się wcześnie, bo próbowaliśmy wstać na wschód słońca, które wg naszych
obliczeń powinno wstać dokładnie nad Alpami, co prawda słońce stało obok, ale widok i tak
był fajny. Nasz gospodarz udostępnił nam łazienkę z zapewnieniem że możemy korzystać przez
całą noc. Ciekawe, że oni się nie boją. Zjeżdżamy z powrotem do Meilen, przy okazji robimy
zakupy w Sparze - trzeba się przyzwyczaić do tych horrendalnych cen. Decydujemy się jechać
przez Zurych zamiast przez Lucernę i okazuje się że nie był to zbyt trafiony pomysł bo
Zurych średnio nam się podoba. Wysyłamy maile (12 CHF/h) i jedziemy dalej. Wjeżdżamy na
Route 5 i od tej pory jedziemy wzdłuż rzeki Aare. Widoki znad rzeki są śliczne. Przy
okazji w przelocie zwiedzamy starówkę i most w Baden. Nocleg planujemy w Obergosgen.
Napotkany mieszkaniec okazuje się być miejscowym szefem policji, po chwili rozmowy przynosi
telefon, wybiera numer i daje Tomkowi mówiąc: "speak polish!" Okazuje się, że jego "freunde"
jest Polką. Po 20 min przyjeżdża na rowerze, i z jej pomocą znajdujemy nocleg na ogromnej łące
(Co ciekawe szef policji proponuje na nocleg na dziko :-) )
Do góry
Dzień 14 - 10.08.2004
wtorek
Obergösgau - Nidau
Dystans - 88,54 km
Wstajemy dość wcześnie, ponieważ musieliśmy dojechać do Nidau na 15. Całą drogę jechaliśmy
bardzo ładną ścieżką wzdłuż Aary. W Olten zrobiliśmy zakupy w ogromnym Coopie. Jechaliśmy cały czas
szutrami, co jakiś czas przejeżdżając mostem na drugą stronę rzeki. Po drodze całkiem ładne widoczki
na Aare, trzeba przyznać, że rzeczka jest malownicza. Trasa raczej płaska z kilkoma zaskakującymi
podjazdami. W Solothurn zwiedzamy stare miasto i katedrę św. Ursusa. Oglądamy wielofunkcyjny zegar z
XVIw. (pokazywał jakieś 10 różnych parametrów). Później na postoju zaczepiła nas szwajcarska ankieterka
(he, he - pozdro dla SMG). Później droga wiodła z dala od rzeki, ale za to na polach polskie akcenty - w ciągu kwadransa
naliczyliśmy jakieś kilkadziesiąt bocianów. Duże wrażenie zrobiło na nas zaparkowane w szczerym polu
Porsche (przy polnej drodze). W końcu po przejechaniu 1500 km z Polski dojeżdżamy do Nidau, ale
zaraz potem zajeżdżamy za daleko i musimy się wracać. W końcu znajdujemy dom ciotki. Powitanie...
nie ma powitania, w drzwiach czeka kartka. Ale w niedługim czasie pojawia się ciotka, i wreszcie możemy odpoczywać....
Do góry
Dzień 15 - 11.08.2004
środa
Bielersee
Dystans - 55,35 km
Korzystając z możliwości śpimy chyba do.... 9.00. Okazuje się, że właśnie gdy my przyjeżdżamy
w bloku zaczyna się remont pierwszy od 40 lat!! Wiercą od 7.00 rano, a na dodatek nie ma ciepłej wody.
To chyba, żeby nam się w główkach nie poprzewracało. Ale nawet po wstaniu panuje senna atmosfera, więc
dopiero około 15.00 wybieramy się na wycieczkę dookoła Bielersee. Po drodze zwiedzamy dość ciekawy
półwysep (St Peterinsel), na którym istnieje rezerwat przyrody, i na którym, jak pisze przewodnik Pascala,
J. J. Russeau spędził najszczęśliwsze chwile swojego życia ;-) Wracamy, i znów się byczymy. Czynność ta
staje się najważniejszą oprócz jedzenia w tych dniach :-)
Do góry
Dzień 16 - 12.08.2004
czwartek
Biel
Dystans - 13,7 km
Dzisiaj planujemy zwiedzić starówkę w Biel. Po drodze zjadamy w sumie 7 tabliczek czekolady :-) Potem psuje się pogoda, więc nawet nie mamy kiedy wyjść na rower. Dopiero po 18.00 wychodzimy na króciutką przejażdżkę po mieście - dzisiaj dla odmiany każdy osobno.
Do góry
Dzień 17 - 13.08.2004
piątek
Nidauberg
Dystans - 16 km
Czas na przygotowanie rowerów na Alpy. Zmieniamy oponę w rowerze, a przed wieczorem wybieramy się na
przejażdżkę. Ja dojeżdżam do połowy Nidaubergu, jadąc świetnymi szutrówkami. Po drodze łapie nas deszcz,
ale zaraz potem mamy przepiękne widoki na Alpy, Biel, jezioro, a nad wszystkim jest tęcza...
Do góry
Dzień 18 - 14.08.2004
sobota
hmmm...
Dystans - 25,96 km
Ostatni dzień w Nidau spędzamy razem z Gustawem, ktory zabiera nas na wycieczkę na
lokalne wzniesienia. Podjazd ma 4,5 km, ale musimy solidnie się napocić, żeby wjechać na sam szczyt.
Nasz przewodnik mimo 50 lat na karku daje do przodu jakby miał mały motorek, i wcale nie jest
nam łatwo utrzymać tempo. Po wjeździe na szczyt zostajemy pocieszeni, że takie podjazdy czekają nas na Umbrail. Na szczycie mamy piękne widoki na jezioro, Biel, a w oddali majaczą Alpy. Po zjeździe zwiedzamy jeszcze zakład w którym pracuje Gustaw, a potem cóż, czas aby zacząć się pakować...
Do góry
Dzień 19 - 15.08.2004
niedziela
Nidau - Oberwichtrach
Dystans - 82,94 km
Rano jedziemy na drugi koniec Biel na Mszę św. Siedzimy jak na tureckim kazaniu, ponieważ
jest po francusku, i nie rozumiemy ani słowa, oprócz "merci". Ciekawymi akcentami są
obecność czarnoskórego księdza (wita się i żegna z każdym wychodzącym z kościoła), kobiety
rozdającej komunię, oraz obrazu w prezbiterium przedstawiającego kwitnący krzyż. . Po Mszy
i śniadaniu wyruszamy. Jeszcze kąpiel w Bielersee, a potem najpierw wzdłuż jeziora, a potem
wzdłuż Aary. Po drodze 2-kilometrowy podjazd, który daje nam troszkę w kość, ale za to
po raz pierwszy widzimy Alpy z ośnieżonymi szczytami - szczęki opadają. W miarę prosty
zjazd do Berna. Ładna starówka, katedra, wieża z 340 schodami (Tomek miał trochę
problemów z zejściem z wieży - było stromo i ażurowo), parlament, oraz groty
niedźwiedzie (symbol Berna)- niestety okazuje się że niedźwiedzie urzędują do 16.00.
Pod katedrą spotykamy kolegę z podstawówki Łukasza - góra z górą... . Mieliśmy okazję zaobserwować
szwajcarski porządek - pani na spacerze z psem wyjmuje woreczek i sprząta to co zwierzak
narobił...hmm... pomyśl o tym w Polsce... Nocleg za pierwszym podejściem w Oberwichtrach - mamy ogródek i wodę.
Do góry
Dzień 20 - 16.08.2004
poniedziałek
Oberwichtrach - Innertkirchen
Dystans - 85,97 km
Od rana było z każdą chwilą coraz ciekwiej, może dlatego że zbliżaliśmy się do Alp.
Najpierw widok na górę, która do złudzenia przypominała nam Giewont, potem osły z dredami,
widoki na ośnieżone Alpy w dali. Jechaliśmy cały czas wzdłuż Aary - lasem. W Thun chcieliśmy
zwiedzić zamek, ale okazało się, że wstęp jest na tyle drogi, że chyba nie było warto. Za Thun
twórcy ścieżki postarali się wrażenia, musieliśmy przejechać po moście z kratki, a kilkadziesiąt
metrów w dół szumiała Aare. Niezłe, ale ciarki przechodzą. Za Spiez kąpaliśmy się w Thunsee,
ale niestety czuć było że jesteśmy w górach - woda zimna jak diabli. Po postoju zaczynają się
coraz solidniejsze podjazdy i zaczyna się psuć pogoda, a po jakimś czasie zaczyna solidnie lać.
Po drodze zwiedzamy wodospady Giessbach, trzeba powiedzieć, że bardzo ładny widok, dodatkową atrakcją jest możliwosć wejścia mostkiem pod
sam strumień wodospadu. Zjazd do Meiringen, gdzie znajduje się pomnik i muzeum Sherlocka Holmesa.
Kupujemy chleb za 2,8 CHF brrr, te ceny. Przy okazji spotykamy małego Polaka mieszkającego od
kilku lat w Szwajcarii. Czujemy że mały bardzo tęskni za Polską. Nocujemy w Innertkirchen.
Gospodarza znajdujemy o dziwo 300 m od pola namiotowego. Najpierw dostajemy miejsce pod namiot,
chwilę potem zjawia się gospodyni i proponuje nam pokój... Dostajemy również możliwość ugotowania
sobie jedzenia na ich gazie. Dostajemy polecenie - rano nie będzie gospodarzy, więc po prostu mamy
wyjść z domu, i zamknąć za sobą drzwi. Zaufanie Szwajcarów do zupełnie obcych ludzi rozbraja nas.
Najciekawsze jest to, że w tym domu nikt nie mówił po angielsku :-)
Do góry
Dzień 21 - 17.08.2004
wtorek
Innertkirchen - Andermatt
Dystans - 70,31 km
Po nocy spędzonej w wygodnym łóżku ruszamy na podbój Alp. Zaplanowaliśmy sobie wstępnie na
których kilometrach robimy postoje, aby się spotkać, i w drogę. Pierwsze 7 km jest dość proste,
w miarę łagodne podjazdy z ostrzejszymi fragmentami i kilka tuneli. W tunelu mijało nas "stado"
wojskowych transporterów opancerzonych - wrażenie jest koszmarne - ciemność, potworny huk, i wrażenie,
jakby coś zaraz miało cię zgnieść.
Po postoju jest podobnie, kilka ostrzejszych serpentyn. Widoki są raczej średnie (chmury) choć i tak...
W miarę sprawnie osiągamy wysokość 1400 m. Zaczyna się ostry podjazd pod tunel, a sam tunel omijamy
objazdem specjalnie dla rowerzystów. Po chwili wspinamy się pod jezioro, które wita nas strasznym
wiatrem i deszczem (zakładamy kurtki). Po drodze mijamy kolarzy, ale raczej na szosówkach i bez sakw.
Otwiera się widok na przełęcz. Na szczęście jest 2 km odcinek prostej przed właściwym podjazdem.
Wspinamy się pod Grimselsee (1905 m n.p.m). Jesteśmy pod wrażeniem poprowadzonych serpentyn. Zakosy
zaprowadzają nas aż na przełęcz. Pamiątkowe zdjęcie i zakładamy wszystko co mamy na siebie
(nogawki, czapki i rękawiczki, kurtki, bezrękawniki) i w dół - początkowo w gęstej mgle.
Dopiero po kilku minutach otwiera się widok na dolinę Rodanu i zjazd, a następnie podjazd
pod Furkę. Na zjeździe nie szalejemy bo jezdnia jest śliska. W Gletsch, które okazuje się
być 2-ma hotelami, barem i stacją kolejową, nie ma nawet gdzie zjeść - ławeczki płatne 2
CHF/os. Na szczęście nie ma też komu zapłacić, więc robimy sobie herbatę i w górę pod Furkę.
Początkowo podjazd jest płaski, ale w górze widać serpentyny oznaczone na mapie jako 14%. Po
minięciu torów zaczynamy się wspinać,i zmęczenie daje się coraz bardziej we znaki. Przy
hotelu Belvedere (2300 m n.p.m.) widok na lodowiec Rodanu. Jeszcze trochę podjazdu - potem już
prawie płasko. Droga wiedzie cały czas po zewnętrznej stronie - 50 cm od nas jest hm... przepaść.
Tomek czeka i po płaskim terenie dojeżdżamy do miejsca o którym mówiliśmy przez 8 miesięcy. FURKA.
Ciężko mi opisać uczucia jaki nam towarzyszyły. Triumf połączony z radością i zmęczeniem - w każdym
razie niezapomniana chwila. Na górze jakiś Hiszpan robi nam zdjęcie, po czym stojąc przy tablicy
jesteśmy kilkukrotnie fotografowani. W przeciwieństwie do Grimsel, na Furce nie ma barów,
hoteli etc... Teraz zjeżdżamy, na szczęście szosa jest sucha, ale za to jest bardzo wąsko.
Zjeżdżamy do Realp, a następnie do Andermatt, nocleg znajdujemy na gospodarstwie - dostajemy miejsce pod wiatą na rozbicie namiotu i "Chwała Panu" bo w nocy
rozpętuje się straszna burza ale nasz namiot jest suchutki.
Do góry
Dzień 22 - 18.08.2004
środa
Andermatt - Pratral
Dystans - 99,55 km
Wstajemy niewyspani o 7:30. Pogoda jest już troszkę lepsza.
Długo się zbieramy po czym jedziemy na dworzec - najbliższa toaleta :-)
- i do Coopa na zakupy. Na 1 km wjeżdżamy na drogę prowadzącą na Oberalp.
Na początku 6 km serpentyn o średnim nachyleniu ponad 6%. Od czasu do czasu
mijamy pociąg jadący wzdłuż serpentyn (!) - ludzie machają. Wyprzedził
nas tylko 1 sakwiarz. Po serpentynach długa, prawie płaska prosta, jezioro
i przełęcz. Zjazd miał 20 km, wymagał dużej koncentracji. Najpierw serpentyny
i dobra, szeroka droga, potem trochę bardziej wąsko, brak barierek i przepaść.
Widoki piękne, ale trzeba się skupić na jeździe. Za Disentis robimy postój,
a potem... podjazd. Niestety dno doliny było na tyle niedostępne, że trzeba było
jechać zboczami, to w górę to w dół. ścieżka przypominała nam o Beskidach -
prawie tak samo ziemna, wąska, kamienista i kręta. Zjeżdżamy do Ilanz.
Kolejne zakupy, posiłek i ruszamy dalej ... pod górę (przypominam!
jedziemy w dół doliny!). Jest trochę ciężko, zaczyna świecić słońce.
Nic nie zapowiada... po serpentynach wyjeżdżamy na most nad rzeką.
...przełom Renu... Fantastyczne skały, rzeka i wszystko widziane
ze znacznej wysokości, cud miód. Potem nieoświetlony tunel, kilka
remontów dróg - cały czas kilkadziesiąt metrów nad przełomem i dojeżdżamy do
Bonaduz (długim, prostym zjazdem). Tam wjeżdżamy na rowerową 6-kę i dojeżdżamy do
Pratralu, gdzie pewna starsza pani najpierw ściąga nas do siebie wzrokiem, potem
na pytanie o miejsce pod namiot odpowiada - możecie spać w pokoju, nie płacicie nic.
Dostaliśmy pokój z dwoma łóżkami, kąpiel, gigantyczną kolację,
deser, śniadanie na 8:00, czekolady na drogę i ... 20 CHF.
Do góry
Dzień 23 - 19.08.2004
czwartek
Pratral - S-chanf
Dystans - 67,25 km
Po niezwykle wygodnej nocy w świeżutkiej pościeli zostaliśmy podjęci
pysznym śniadaniem. Przed wyjazdem gospodarz nabił nam ponadto koła do 4
atmosfer (spróbujcie to zrobić ręczną pompką) pompką samochodową. Do Silz
zjeżdżamy bez ścieżki, a następnie podjazd do Tiefencastel (ze zjazdem do miasta).
Po drodze mamy 2 tunele - 450m. i 1100m w tunelu jest w dół więc pędzimy jak dzicy,
kolejne trzy tunele omijamy podjazdem w górę. Po drodze widoki na głęboko wyrzeźbioną
dolinę Albuli. W jednym miejscu istna plaga much, które nie wiedzieć czemu obsiadają nas : -). W Tiefencastel jemy muesli, a następnie do Bergun. Droga początkowo jest płaska, terenami,
ale po jakimś czasie wyjeżdżamy na asfalt i zaczyna się rzeźnia. Za wąskim gardłem doliny
dojezdżamy do Bergun. Tam odpoczynek i w drogę na pozostałe 14 km do przełęczy. Początkowe
kilometry, mimo iż jest w miarę płasko są bardzo ciężkie. Do drugiego postoju jest ciężko,
ale potem się rozkręcamy. Do wysokości 1800 m. droga wiedzie lasem, potem wyjeżdża na
rozległą halę z widokiem na przełęcz. Droga pnie się w górę między kosówką i morenami,
po drodze mijamy kolesia na góralu z plecakiem! Na drodze widzimy napisy - pozostałości po Tour de Suisse - "Brożyna", Baranovski, Tonkov, CCC Polsat - bardzo sympatyczny widok. Na Albuli atak krów - chodzą po całej jezdni, niewiele się przejmując kimkolwiek, siedzimy chwilę
i zjeżdżamy bo zaczyna padać. świetny zjazd do La Punt (ok. 1700 m n.p.m.) i doliną Ober Engadin
jedziemy do S-chanf. Za drugim kółkiem przez wieś znajdujemy kobietę która każe nam czekać na "szefa"
Gdy szef przyjeżdża dostajemy nocleg w stajni i prysznic.
Do góry
Dzień 24 - 20.08.2004
piątek
S-chanf - Sta. Maria in Munstertal
Dystans - 53,8 km
Dzień zaplanowany na odpoczynkowy (w Alpach!). Całą noc lało,
lało też rano. Wstaliśmy o 7 wyjechaliśmy o 9. Droga do Zernez w deszczu,
a ścieżka terenowa (nie trzeba komentować, tylko żal klocków). W Zernez
zakupy, postój i ruszamy na Ofenpass. Najpierw podjazd 6%, potem zjazd 6 km(!).
Widoki coraz lepsze, przestaje padać, chmury się unoszą. Właściwy podjazd ma 4 %
(...). Droga bardzo przyjemna, zaczyna świecić słońce. Jedyny park narodowy Szwajcarii
prezentuje się całkiem nieźle. Na przełęczy okazuje się, że zwie się ona Pass del Fuorn,
a nie Ofenpass :-). Siedzimy tam z godzinę, oglądamy wysokie góry i zjeżdżamy do Sta.
Maria. Asfalt idealny, nocleg za drugim razem u myśliwego...
Około 22.00 rozpętuje się burza, na szczęście niedługo potem przechodzi bokiem.
Do góry
Dzień 25 - 21.08.2004
sobota
Sta. Maria in Munstertal - Stava
Dystans - 79,84 km
Budzi nas raz po raz deszcz. O 5.00 już nie śpimy, obydwoje nie możemy przestać myśleć,
że już dzisiaj wjedziemy na Stelvio - zaczynamy się zbierać. Dziwi nas sąsiad gospodarza,
który przynosi nam do namiotu kawę, a potem proponuje wysłanie maila. W efekcie wyjeżdżamy
dopiero o 10:00. Od pierwszych metrów zaczyna się podjazd pod Umbrail. Jedzie się rewelacyjnie,
mimo iż podjazd jest ciężki. Pierwsze 4 km to serpentyny, które bardzo kręto wspinają się po
zboczu. Potem okazało się, że jest fragment bardziej płaski, ale za to droga był nieasfaltowa
na odcinku 2-3 km. Na 6 km zaczęły się solidne serpentyny, które zaprowadziły nas powoli i
mozolnie na Umbrail. Z przełęczy widać już Passo Dello Stelvio - cel naszej wyprawy. Chwila
zjazdu do punktu granicznego, gdzie zaskakuje nas brak jakiegokolwiek celnika i zabite
dechami budynki celne. Ostatnie 3 km podjazdu są dość męczące, mimo wszystko podjazd pod
Umbrail dał się we znaki. Ale za to pojawia się "dziura w niebie" - widać kawałek błękitnego nieba.
Jeszcze ostatnie metry i jesteśmy. Na szczycie atmosfera piknikowa a la nasze Krupówki i troszkę
źle się tam czujemy. Jakiś Niemiec pyta, czy może sobie zrobić zdjęcie z naszymi rowerami. Ktoścx stwierdza, że nie wie czy na wierzyć, że sami tu wjechaliśmy, ale i tak nam gratuluje. Małe
zakupy pamiątek i jazda w dół. Tymczasem zaczyna padać śnieg. No cóż w końcu jesteśmy na 2758 m n.p.m.
Zjazd zapowiada się imponująco, tymczasem... bardzo ostre serpentyny, fatalny asfalt, przenikliwe
zimno powodują że zjazd nie należy do najprzyjemniejszych. Pod koniec zakrętów marzną mi (Łukasz)
dłonie że trzeba je rozmasować. Dopiero pod koniec serpentyn (48 tornanti) pokazuje się lepszy
zjazd - dojeżdżamy aż do Prato Di Stelvio. Tam okazuje się, że do Merano nie dojedziemy tego dnia,
bo jest 41 km od nas, a jest już 17:00. Robimy zakupy, pierwsze we Włoszech i jedziemy w stronę
Merano wzdłuż sadów z milionami jabłek. Aha, po tej stronie Stelvio jest świetna pogoda i świeci słońce...
Nocleg (Tomek jak zwykle miał nosa) znajdujemy u
sympatycznych Włochów, mówiących po niemiecku. Dostajemy pole, wannę i
zaproszenie na kawę rano. Łukasz bawi się z psem gospodarzy - Fuxi, a Tomek próbuje nauczyć paru słów po polsku ich syna, bez skutku. Noc jest rewelacyjna - śpi się dobrze i wreszcie namiot jest suchy.
Do góry
Dzień 26 - 22.08.2004
niedziela
Stava - Pozza di Fassa
Dystans - 98,8 km
Wstajemy o 6.00 i bijemy rekord zbierania się rano - 29 minut.
Pijemy kawę u gospodarza i ruszamy na mszę. Początkowo do wsi obok,
ale tam spóźniamy się 50 min (Włoszka dała nam złe namiary). Jedziemy
do Merano gdzie trafiamy akurat na początek mszy. Po mszy postój na Bahnhofie
i jazda do Bolzano, tam postój i dosyć długie szukanie drogi. Trafiamy w końcu
na Val d'Ega, która zaczyna się tunelem (1100 m pod górę!!!), by przez równie wąską
(śliczną) dolinę przerodzić się w podjazd pod przełęcz Costalunga (wszystko było by
super gdyby nie tragicznie gęsty ruch). Dolina jest prześliczna. Wąska na szerokość
drogi i potoku a po bokach urwiska skał do góry na jakieś 100 metrów...Podjazd nas nieco
zaskakuje, ale wjeżdżamy. Na przełęczy jemy lody za ok. 13 zł. Zjeżdżamy, a podczas zjazdu
jeden Carabinieri omal nie przejeżdża Łukasza. Po zjeździe wpada mi (Tomek) w oko jeden dom.
Nie widać do niego dojazdu ale uparcie twierdzę, że dzisiaj tam będziemy spać. Znajdujemy
dojazd, po pewnych perturbacjach językowych, najpierw gospodarze nas odsyłają na pole
namiotowe, a po chwili wołają z powrotem. Dość zdziwieni wracamy, na podwórze wychodzi do nas "głowa rodziny" w postaci
70-letniej kobiety która z dostojnym "Polonia" na ustach wręcza nam klucze do domku
ogrodowego. Potem dostajemy zaproszenie na kawę (mooocne espresso). Siedzimy przy
stole z tłumem Włochów, z których tylko jedna kobieta mówi trochę po angielsku, a cała reszta
chce z nami koniecznie porozmawiać :-). Przemiła, rodzinna atmosfera, wszyscy się
śmieją i przekrzykują nawzajem. Italia.
Do góry
Dzień 27 - 23.08.2004
poniedziałek
Pozza di Fassa - Cortina d'Ampezzo
Dystans - 73,06 km
Spanie rewelacyjne, a rano dostajemy jeszcze kanapki z salami na drogę. Do Canazei
jest tylko 10 km, a na prawie całej długości towarzyszy nam korek drogowy - katastrofa.
Po drodze widzimy parę aut na polskich rejestracjach - nie muszę mówić jak nas to cieszy.
Od Canazei podjazd pod Passo Pordoi - widoki są rewelacyjne im wyżej wjeżdżamy - szczyty
są fantastyczne. Sam podjazd jest poprowadzony dość łagodnie. Na górze oczywiście masa ludzi.
Zjazd do Arabby, widoki na Dolomity. Z Arabby jeszcze 7 km w dół i rozpoczynamy podjazd pod
Falzarego. Jakiś Włoch podjeżdżający na szosówce pyta mnie (Łukasz) o ciężar sakw, po usłyszeniu
odpowiedzi tylko rzuca "good luck". Końcówka podjazdu jest nieco cięższa, ale i tak wjeżdżamy
bez problemu. Duże wrażenie robią szczyty, które chowają się nieco za chmurami. Rewelacja. Na
Falzarego widzimy wreszcie Marmoladę. Pamiątkowe zdjęcia i zjeżdżamy do Cortiny d'Ampezzo.
Położenie jest prześliczne, podobnie widoki. W Cortinie droga jest źle oznakowana i musimy
sporo się naszukać aby wyjechać. Sama Cortina to takie wielkie Zakopane - tysiące ludzi,
samochodów, sklepów. Nocleg znajdujemy dopiero za 4 podejściem, czyli jak przypuszczaliśmy -
że w Cortinie będzie ciężko znaleźć nocleg na gospodarza - u kolesia o imieniu Fabio (40 lat).
Do góry
Dzień 28 - 24.08.2004
wtorek
Cortina d'Ampezzo - Grosskirchheim
Dystans - 133,31 km
Rano wita nas widok skąpanych w chmurach Dolomitów. W lekko bajkowej atmosferze pojeżdżaliśmy
pod Passo Tre Croci - przełęczy o której nie wiedzieliśmy prawie nic. O ile jednak tablica z
nazwą była, tak na następnej zaznaczonej na mapie (Col San Angelo) już jej zabrakło. Zjazd był
za to bardzo przyjemny. Zjeżdżaliśmy, zjeżdżaliśmy, zjeżdżaliśmy..... W Toblach zrobiliśmy postój
i wjechaliśmy na Drauradweg, po czym dalej zjeżdżaliśmy, zjeżdżaliśmy... aż do Lienzu. W
miejscowości, która miała według planu kończyć dzień byliśmy o 14.00. Zjechaliśmy więc do Lienzu i zaatakowaliśmy Lidla. Po udanej
akcji ruszyliśmy dalej - na "niewielką" przełęcz Iselsberg. Maleństwo okazało
się całkiem sporym podjazdem. Zdobyliśmy ją oblani potem i deszczówką. Zjazd był (...)
i to chyba jedyna jego zaleta. Na szczycie przełęczy zaczęła się solidna ulewa i towarzyszyła
nam aż do Winklern - miejscowości na końcu zjazdu. Ale że jesteśmy twardzi, decydujemy się
jechać dalej. Na szczęście pogoda się trochę poprawia. Zdążamy do wyznaczonego celu II -
Grosskirchheim. Podczas rundki przez wieś babcia zapytana o miejsce pod namiot daje nam ...
pokój w pensjonacie. Za freeeeeeee. Po raz kolejny szcęki nam opadają i nie chcą długo wrócić
na swoje miejsce.
Do góry
Dzień 29 - 25.08.2004
środa
Grosskirchheim - Bruck
Dystans - 75,05 km
Gospodyni rano zaproponowała nam jeszcze śniadanie ale niestety musieliśmy jechać, w końcu dzisiaj czekało nas dobre kilkanaście kilometrów podjazdu...
Pierwsze 9 km do Heiligenblut było ok. Tylko ostatnie 2 km to duży podjazd. Od początku
jest mocno pochmurno, ale z czasem pojawiają się "dziury w niebie". W Heiligenblut małe
śniadanko i na podbój Hochtoru. Pierwsze 6 km jest strasznie ciężkie. Na dwóch pierwszych
kilometrach średnie (!) nachylenie sięga nawet prawie 10%. Na szczęście po 6,5 km jest krótki
zjazd i prosta aż do skrzyżowania na Kaiser Franz Josefs Hohe. Tam niedaleko robimy odpoczynek
i skręcamy na podjazd pod KFJH. Początkowo jest stromo, ale potem jest trochę płaskiego i tak
prawie cały czas. Ostatnie 2 km są ciężkie - najpierw serpentyny a potem tunel z nachyleniem z
12 %. Ale dojeżdżamy. Po drodze mijamy m.in. wystrojonych rolników (chyba) którzy wjeżdżali na
Franz - Josefs na traktorach :-) Niestety nie widać Grossglocknera, za to jest niesamowity
widok na lodowiec Pasterze. Robimy furę zdjęć, m.in. świstakom które żebrały o jedzenie, kupujemy
pamiątki i w dół. Na rondzie robimy III śniadanie i ruszamy na podbój ostatnich 7 km podjazdu
pod Hochtor. Na początku podjeżdża się z trudem, ale do przodu. Z czasem droga jest coraz
cięższa i na szczyt dojeżdżamy wykończeni. Tam robi się na moment pogoda, robimy zdjęcia.
Czujemy, że powoli mamy już dość przełęczy, ale mamy wielką satysfakcję - w końcu to już311 m.
prawie koniec z przełęczami. Przez tunel o długości 311 m. jedziemy na drugą stronę przełęczy.
Tam pogoda ciut lepsza. 4 km zjazdu - i podjazd pod ostatnią przełęcz powyżej 2000 m.
Fuscher Torl. Tam pojawia się prześliczna panorama Alp - jakby nagroda za wszystkie 15 zdobytych przełęczy. Nie możemy się nacieszyć tym co widzimy, ale niestety jest późno i trzeba
jechać w dół. Na serpentynach zastaje nas mgła, ale na szczęście na krótko . Ja (Łukasz)
czuję zapach spalonej gumy :-), a Tomek wyprzedza autokar na jednej z serpentyn - słowem
zjazd jest niesamowity. Zjeżdżamy i zjeżdżamy aż do Bruck, gdzie facet za 3 podejściem
niechętnie pokazuje nam łąkę. Liczył, że weźmiemy pokój za 14 Euro ...
Do góry
Dzień 30 - 26.08.2004
czwartek
Bruck - Kuchl
Dystans - 84,96 km
Po deszczowej i burzowej nocy, ranek ... deszczowy. Wyjeżdżamy dopiero o 11.
Zbieramy się bardzo niechętnie (poprzedniej nocy nie było możliwości zjedzenia ciepłej kolacji),
zjeżdżamy na dworzec, do Billi na zakupy i ruszamy w kierunku Salzburga.
ścieżka początkowo wiedzie zboczami doliny Salzach potem terenem wzdłuż rzeki.
Zatrzymujemy się w Bishofshofen, żeby zobaczyć jedną z Czterech Skoczni. Cały czas pada. Jedziemy całkiem ładnym przełomem rzeki, ale w zasadzie nas to nie zachwyca, ponieważ pogoda
jest tragiczna. Zdobywamy przełęcz Lueg (!) 553 mnpm. Zjeżdżamy z przełęczy i naszym
oczom ukazuje się dolina z coraz mniejszymi górami. Czuć, że powoli, powoli, wyjeżdżamy
z Alp. Zaczyna padać mocniej i lekko poddenerwowani szukamy noclegu w stodole gdyż "unser Zelt
ist nass". Znajdujemy przyjazną rodzinę niedaleko Kuchl. Dostajemy spanko w garażu, a na do
datek świeże mleko - gospodarze są jakimiś liderami w lokalnym przemyśle mleczarskim :-)
Do góry
Dzień 31 - 27.08.2004
piątek
Kuchl -Attersee
Dystans - 103,78 km
Z samego rana pogoda zapowiada się nienajciekawiej, a nawet w Hallein zaczyna padać na chwilę. Droga wiedzie cały czas wzdłuż Salzach. Po 22 km dojeżdżamy do Salzburga. Wysyłamy maile, kupujemy karty telefoniczne i zwiedzamy miasto. Na starówce wita nas pomnik Mozarta, nie na darmo Salzburg nazywany jest miastem Mozarta, jest tam jeszcze muzeum Mozarta i pewnie kilka innych obiektów. Pod domem, w którym urodził się sławny mieszkaniec, tłumy ludzi, głównie skośnookich. Zwiedzamy katedrę, opactwo benedyktynów i na zamek nie starcza nam czasu. Mamy mały problem z wyjazdem (jak za każdym razem w większym mieście, który nie raczyło zaszczycić nas dokładną przenośną mapą), ale w końcu jest ok. Za Salzburgiem wreszcie pokazuje się słońce. ścieżka prowadząca w kierunku jezior kluczy, tak że zamiast na Mondsee jedziemy na Scharfing. Decydujemy,że trosdzkę zmodyfikujemy trasę, okazuje się jednak, że jest objazd i musimy wracać. W sumie nadrabiamy ok. 18 km. Ale droga jest fajna, więc nie jest źle. W Attersee za 2 podejściem dostajemy der Platz zu zelten.
Do góry
Dzień 32 - 28.08.2004
sobota
Attersee - Gusen
Dystans - 117,52 km
Dziś zbieraliśmy się dosyć długo. Postanowiliśmy nie jechać ścieżką, gdyż kluczyła ona niemiłosiernie. To chyba nie spodobało się tutejszym "radwegom", bo cały dzień gubiliśmy ścieżki. Wprowadziło to nas niemal w stan agonii. Mieliśmy nadzieję, że ścieżki w Austrii są równie dobrze oznakowane co w Szwajcarii ... dupa ... Tauernradweg był inaczej oznaczony, inaczej się nazywał, inaczej biegł (!!!) niż na mapie którą notabene dostaliśmy ... uwaga ... z ... Austrii. Zepsuło nam to humor na cały dzień. W końcu Po jakimś czasie decydujemy, że dajemy sobie spokój i jedziemy wg zwykłych dróg, i okazuje się to być najlepszą decyzją dnia. Tomek ma problem z lewym pedałem - blokował się pedał jeden. 30 minut roboty i miałem nadzieję, że to już się nie powtórzy. Jak się później okazało plany pedała były zupełnie inne... Przejeżdżamy przez przedmieści Linzu, i już niedługo dojeżdżamy z powrotem do Dunaju. Oczywiście po wjeździe na ścieżkę Naddunajską mijają nas tłumy rowerzystów, co nie przeszkadza nam jeszcze raz zgubić drogi :-D Nocleg znaleźliśmy w pierwszym domu. Babka na pytanie o której jest jutro (niedziela) msza rzymsko katolicka odpowiedziała, że jutro jest sobota (...). Potem przyszła i poprawiła się, świecąc przy tym jak tylni halogen przeciwmgielny. Ehh Szczęśliwi czasu nie liczą...
Do góry
Dzień 33 - 29.08.2004
niedziela
Gusen - Rohrendorf
Dystans - 139,05 km
Musieliśmy dość wcześnie wstać, żeby zdążyć na Mszę do St Georgen - wrócić się 3 km. Po Mszy odwiedzamy KZ Mauthausen (...) a potem w drogę - cudowny asfalt, tylko trochę za dużo rowerzystów. Czuejmy się niemal jak w Chinach - czasem mamy problem z wyprzedaniem. Na pierwszych 90 km jechaliśmy ok. 25 -27 km/h z sakwami pruliśmy jak czołgi :-). Po 90 km wjechaliśmy do Veinwiertel - cudowne małe miasteczka, winnice, wąskie uliczki. W jednym z nich adrenalinę podniósł nam jeden Austriak, który nie chciał przyjąć do wiadomości, że go wyprzedziliśmy. Chciał się popisać przed dziewczyną i zaczął nas gonić. Biedak odpadł po paru km na podjeździe. Żaden, mada faka, nie podskoczy do Polaka! Ostatnie km do Krems pod znakiem gonitwy z burzą nadchodzącą od lewej strony (północy). W Oberrohrendorf dostajemy domek (zagracony, ale z łóżkiem) .
Do góry
Dzień 34 - 30.08.2004
poniedziałek
Rohrendorf - Nemcicky
Dystans - 118,29 km
Rado wpadliśmy w doskonałe humory dzięki naszym gospodarzom - rodzinie Koch, która nas przyjęła. Śniadanko, kanapki, zdjęcia, atmosfera była świetna, więc do granicy dojechaliśmy na dopalaczach. Po drodze postój w Retzbach i telefon do domu. Tam też przekroczyliśmy granicę z Czechami. Wyjechaliśmy z ostatniego niemieckojęzycznego kraju. W Znojmo robimy zakupy i oglądamy burzę, która niedaleko przechodziła. Potem ruszamy na Brno. Droga ciężka, upał, nawierzchnia miejscami absurdalnie tragiczna (lepiej gdyby jej w ogóle nie było). Drogi praktycznie bez samochodów (w końcu po Czechach jeździ niewiele czołgów i Monstertrucków - tylko takie się nadawały na te drogi). Po ciężkich mękach dojeżdżamy do wsi przed Brnem, w których mieliśmy zacząć szukać noclegu. Ku naszemu szczęścu znajdujemu nocleg za 1. razem. Nocleg po czesku: trawa i woda (gratis 9 pomidorów).
Do góry
Dzień 35 - 31.08.2004
wtorek
Nemcicky - Kotvrdovice
Dystans - 81,64 km
O ile poprzedni dzień był świetny pogodowo - o tyle ten jest tragiczny. Od rana kropi, mży, pada, leje, nie wiem co jeszcze. Wyjeżdżamy więc wyglądając jak Teletubisie. Do Brna zjeżdżamy na 10.30. W pośpiechu oglądamy trzystylową katedrę widoczną z każdego punktu w mieście. Zakupy i walimy w Moravski Kras. Pogoda jest coraz gorsza, dobija nas objazd 8 km z długim podjazdem w ulewie. W Krtinach pogoda staje się tak nieznośna, że musimy przeczekać. W jednej z miejscowości kupujemy w sklepie ciasteczka Goplany, co nas bardzo cieszy. U Macochy, którą zmuszeni byliśmy pominąć w poprzednią stronę jesteśmy na 15:30 i okazuje się że spokojnie ją zwiedzimy dzisiaj - więc możemy skrócić nasz plany o jeden dzień. Zchodzimy terenem na dół do jaskini. W jaskini okazuje się, że mają nawet komentarze po polsku, generalnie wrażenia są niezłe, ale istnieją ładniejsze jaskinie, ciekawy jest przejazd łódkami i widok na przepaść od dołu. Po wyjściu wita nas słońce, więc w lepszych humorach jedziemy nalej. Nocleg u sympatycznego Czecha za przystankiem autobusowym w Kotvrdovicach.
Do góry
Dzień 36 - 1.09.2004
środa
Kotvrdovice - Libchost
Dystans - 137,67 km
W planach 140 km więc wstajemy o 6.00 Piękna pogoda, niestety namiot nie zdąża wyschnąć (ludzie jadący w autobusach dziwnie się nam przypatrują przez wytarte części zaparowanych szyb - w końcu mamy 1 września). Ruszamy ku ostatniemu noclegowi. Ruszamy w krótkich rękawkach. I po raz kolejny pogoda robi z nas idiotów. 5 km dalej ze słoneczka wjeżdżamy w mgłę. Myślimy - ta, zaraz się skończy. Ta, kończy się ..... po 60 km. Do tego jest tragicznie zimno. Do Prerova dojeżdżamy sprawnie - 70 km do 13:00. Potem jest ciężej, bo zaczynają się osławione czeskie pagórki. Trochę marudzimy przy śliwkach, ale warto było, Tomka znowu wnerwia pedał lewy- blokuje się, pedał jeden. Droga tragiczna, ludzie nie odpowiadają na pozdrowienia, jakiś dzieciak tańczy "Asereje" na rowerze, kilka samochodów by nas przejechało, trening interwałowy no ... Czechy. Znajdujemy jednak nocleg niedaleko zaplanowanego miejsca.
Do góry
Dzień 37 - 2.09.2004
środa
Libchost - Dąbrowa Górnicza
Dystans - 161,78 km
Nie mogąc się doczekać momentu powrotu do domu wstajemy chyba najwcześniej - 5.00 jesteśmy na nogach. Jemy ostatnie resztki musli + kaszka + rodzynki. I w drogę. Początkowo jedziemy tą samą trasą co "w te" ale szybko decydujemy jechać do Marklowic zamiast do Chałupek. I to jak się później okazuje nie był chyba najszczęśliwszy pomysł. Już na 10 km gubimy drogę, a później musimy pytać kilka razy. Sytuację podgrzewa fakt iż w kierunku w którym chcieliśmy jechać nie ma żadnych dróg (NE), tylko co kilka kilometrów musimy jechać najpierw na północ potem na wschód, północ, wschód, północ, wschód, północ, wschód... idzie oszaleć. Towarzyszą nam przy tym ciekawe widoczki przy których nasz śląsk wymięka. Jak ktoś myśli że widział smog, to niech jedzie do Ostravy :-). Po przejeździe przez Havirov i Karvine zbliżamy się wreszcie do granicy. Tuż przed granicą kupujemy za resztki koron czekoladę studencką, a co :-) Ku naszemu rozczarowaniu celnik nawet nie pyta skąd wracamy :-(. IIIIII...... Niebieska tablica z 12 gwiazdami i napisem Rzeczpospolita Polska. Nareszcie. Ciężko opisać wzruszenie. Uprzedza fakty mój telefon komórkowy, który już 10 km przed granicą pokazuje miły napis "IDEA -MILEGO DNIA" W pierwszym sklepie w Zebrzydowicach robimy zakupy.... i... okazuje się przy kasie, że w używanym portfelu mamy euro, franki, korony i ani złotówki. Pani przy kasie dziwnie się patrzy gdy szukamy w sakwach peelenów, ale w końcu jest ok. Zaraz potem kupujemy również GW żeby dowiedzieć się co w kraju, czy Lepper już przejął władzę itp... Droga do domu niesie nas jak na skrzydłach, mimo przejechanych kilkudziesięciu kilometrów jedziemy niemal jak dzicy. Ostatni posiłek jemy w Kobiórze, i tamże decydujemy jechać na przestrzał, czyli główną drogą przez Tychy +fragment drogi szybkiego ruchu do Katowic. średnia prędkość utrzymuje się na tym fragmencie trasy grubo powyżej 25 km/h Co jakiś czas dostajemy smsy kontrolne z pytaniem gdzie jesteśmy. Tuż przed DG dostajemy konkretne wskazówki, którędy mamy jechać. Pamiątkowe zdjęcie przy tablicy wjazdowej.... ii.... od początku wjazdu jesteśmy pilotowani przez samochód, razem zresztą z sesją zdjęciową. Pod blokiem czeka na nas transparent, brama nad jezdnią i fajerwerki, nie mówiąc o chlebie, soli wieńcach laurowych itp itd. Co jeszcze powiedzieć? Alpy 2004 Tour można uznać za zakończony. Zostają niezapomniane wrażenia i chęć na JEESZCZE!!!!!!
Do góry



