slonce Dzień 1 - 01.07.2006
sobota

Dąbrowa Górnicza - Bohumin

Wyjazd zaplanowany na 20.04 pociągiem do Katowic. Ledwo zdążamy wyjść z domu, i na stację wjeżdżamy rzutem na taśmę. W pociągu też jest nerwowo, ponieważ Tomek zapomniał legitymacji. Konduktor na szczęście dał się przekonać naszym tłumaczeniom. W Katowicach pociąg do Chałupek zapowiedziany jest z tego samego peronu, co oszczędza nam targania rowerów po schodach w dół i w górę. Dojeżdżają do nas rodzice, zdjęcie pamiątkowe, żegnamy się i w drogę. W całym pociągu jedzie może kilkanaście osób. Do Chałupek przyjeżdżamy spóźnieni o 10 minut. Jeżeli dodać, że do Bohumina jest 5 km, Cassovia do Pragi za pół godziny, a do tego nie wiemy gdzie jest dworzec... robi się nerwowo. Na peron wbiegamy znów rzutem na taśmę, witani śmiechem czeskich kolejarzy :-/ Oczywiście przejście podziemne na peron nie ma pochylni dla wózków etc. Rowery zostają skierowane do wagonu bagażowego, a my szukamy wolnego przedziału. Na szczęście znajdujemy, i zaraz uderzamy w kimono.
Do góry

slonce Dzień 2 - 02.07.2006
niedziela

Bohumin - Sautorn

Pociąg z Pragi do Lublijany o 6.23, oczywiście konduktor zobaczywszy nasze rowery stojące w ostatnim przedsionku jak Bóg przykazał dostał niemal furii, i kazał przetransportować je do bagażówki (oczywiście przez cały pociąg). Na dodatek okazuje się że kasjerka w Bohuminie sprzedała nam na dodatek zły bilet, więc trzeba się pożegnać z 10 euro. W Cernym Krizu przesiadamy się do “motoraczka” w którym razem z nami jedzie z 20 czeskich rowerzystów. Stacja Nove Udoli okazuje się jest zaraz przy przejściu granicznym, na którym zresztą nie ma żadnego pogranicznika. Stamtąd jedziemy raz w dół raz w górę, do Freyung, a następnie do Deggendorfu. Po drodze jakiś objazd, który udaje się nam pokonać przedzierając się z rowerami przez ogrodzenie. Jedziemy najczęściej głównymi drogami, podjazdy są długie i nudne. Po przekroczeniu Dunaju w Deggendorfie droga staje się płaska jak stół. Zbliża się wieczór, nocleg znajdujemy w Sautorn, wiosce, której nie ma na mapie, za to gospodarze są fantastyczni.... dostajemy kolację, i długo rozmawiamy. Po prostu Bawaria....
Do góry

słońce Dzień 3 - 03.07.2006
poniedziałek

Sautorn - Geisenbrunn

Rano dostajemy jeszcze kawę i śniadanie. Trudno się wyjeżdża z tak miłych noclegów, ale cóż. Na szczęście droga jest płaska, więc do 12.00 robimy 65 km. Przejeżdżamy przez Landshut, gdzie spotykamy dwoje Polaków. Stamtąd widzimy zakaz jazdy rowerem, więc musimy zjechać na ścieżkę rowerową, która, jak to ścieżki mają w zwyczaju, kluczy niemiłosiernie. Zirytowani, po 20 km zjeżdżamy na główną drogę, potem udaje nam się znaleźć szutrową drogę wzdłuż Izary, którą dojeżdżamy niemal do Monachium. Oglądamy z daleka Allianz Arenę,niestety jest zamknięta ze względu na półfinał mistrzostw świata. Nasze zdziwienie budzi fakt, że wybudowany jest niemal w polu... Podobnie jak dwa lata temu, przez Monachium przejeżdżamy dość szybko, aby nie powtórzyć błędu z 2004 roku. Nocleg znajdujemy za trzecim podejściem na łące obok kościoła. Nasz gospodarz częstuje nas owocami, ciastem i sokiem... Niemal do końca wyprawy dzisiejszy dystans (niemal 170 km) zostanie nie pobity.
Do góry

slonce Dzień 4 - 04.07.2006
wtorek

Geisenbrunn - Kleinweiler

Po pysznym śniadaniu na słodko i kawie ruszamy na podbój Ammersee. Jedziemy tą samą drogą co dwa lata temu, co sprawia nam wiele radości.Kąpiel w lodowatej wodzie, kilka fotek i jedziemy dalej. Upał jak 100 bandytów. Przejeżdżamy przez wioski, krajobraz ni to górzysty, ni to wyżynny. Trochę senny nastrój. Kilka fajnych zjazdów, ale generalnie droga jest uciążliwa. Licznik Tomka szwankuje i nie chce wyświetlać. Na szczęście w jakiejś małej wiosce znajdujemy sklep rowerowy, doskonale zaopatrzony i ze sprzedawcą znającym angielski. Po wytłumaczeniu problemu z licznikiem okazuje się że trzeba wymienić czujnik. Sprzedawca dał nam special price więc wydatek niewielki. Przejeżdżamy przez Kempten, przy okazji spotykamy tutejszego Polaka i rozmawiamy z nim dłuższą chwilę. Jeszcze pod górę, zjazd i znajdujemy nocleg obok domu, gdzie miejsca starczyło właściwie tylko na namiot... i oglądaliśmy półfinał MŚ :)
Do góry

słońce Dzień 5 - 05.07.2006
środa

Kleinweiler - Gonten

Rano wyjeżdżamy na tyle wcześnie, że musimy czekać aż zostanie otwarty sklep, aby kupić mleko do muesli. Przy zakupach mała pomyłka sprzedawcy – policzył dodatkowo jakieś pomidory za 3 euro, których nie kupowałem, ale grzecznie wszystko wycofał. Potem szybka jazda do Lindau, i tradycyjna kąpiel w Bodensee. Stamtąd też sprawnie przejeżdżamy przez Austrię do St Margarethen, i jemy trzecie śniadanie nad Renem. Jak zwykle w Szwajcarii ścieżki rowerowe prowadzą nas szybko i bezbłędnie, tyle że niemal zaraz po zjeździe z doliny Renu czeka nas 7 km długości i 500 m wysokości podjazd w kierunku Appenzell. Jedzie się ciężko bo nad nami ostre słońce. W Appenzell dłuższą chwilę rozmawiamy z mieszkającym tutaj Polakiem. Stamtąd jedziemy jeszcze tylko kilka kilometrów, ponieważ zbiera się na burzę. Na szczęście udaje się nam znaleźć nocleg w stodole,bo burza jaka się rozpętuje trwa długo w noc. W oborze jest przytulnie, za ścianką krowy, tyle że wszędzie pełno much. Sympatyczny pies “Bari”, który jednak jest nieco zdezorientowany, bo raz chce żeby go głaskać, a raz gryzie... Krowy mają pełna mechanizację, łącznie z maszynką do czochrania po grzbiecie, która uruchamia się automatycznie gdy krowa stanie pod nią i trąci grzbietem. To chyba tu jest ta ojczyzna szczęśliwych krów, które dają mleko, z którego produkowana jest Milka....
Do góry

chmury Dzień 6 - 06.07.2006
czwartek

Gonten - Horw

Budzeni co chwila przez muchy wstajemy rano razem z krowami :). Najpierw trochę zjazdu, a potem podjazdy ( i to multum). Ciężkie, do tego świeci ostro słońce. W końcu zaczęły się góry.... Za to widoczki Appenzellerlandu są śliczne. W połowie dnia pogoda lekko się załamała, z Wattwill jedziemy łagodnym podjazdem na przełęcz Ricken, kompletnie przykrytą przez siwe chmury. Na zjeździe okazuje sie że taka pogoda nie jest po obu stronach góry :). Zjazd jest długi i piękny, i doprowadza nas do Rapperswill, Zaczyna świecić słońce. I znowu widzimy Zurichsee, tym razem bez kąpieli. Następnie przeprawiamy się przez góry do Zug, a tam znowu chmury. Przed Luzerną nawet padało. Oglądamy Luzernę, przepiękne miasto, z zamkami, mostami,kamienicami i Internetem za 4 ChF/10 min.... Dzwonimy do Silke, naszego umówionego gospodarza, ale numer nie istnieje...:) przynajmniej wg tego automatu co nadaje przez telefon... Choć nie istnieje to i tak nieźle sobie radzi, bo zjadł Tomkowi 10 zł za połączenie :). Jedziemy szukać noclegu... Ku naszej wielkiej radości znajdujemy nocleg w miejscu , gdzie się tego nie spodziewaliśmy... nad samym Jeziorem 4 Kantonów, na osiedlu bogatych domków jednorodzinnych. Okazało się że był jeden dom normalny, z normalną rodziną... nawet miał oborę i pole. Gospodyni okazuje się fantastyczną osobą, znakomicie mówiącą po angielsku...
Do góry

deszcz Dzień 7 - 07.07.2006
piątek

Horw - Realp

Sen od piątej rano przerywany werblami deszczu o namiot, ale nasza gospodyni rekompensuje nam pogodę pysznym śniadaniem w towarzystwie bardzo ładnej córki :-) Córka radośnie stwierdza, że po raz pierwszy w życiu widzi mamę rozmawiającą po angielsku :-) No, ale raj kiedyś musi się skończyć, także wyjeżdżamy w mżawce w trasę dokoła Vierwaldstattersee. Jezioro jest śliczne, i skąpane w chmurach przypomina niemal fiordy. Po drodze czeka nas rejs promem na drugą stronę jeziora,na którym jesteśmy zagadywani o cel trasy przez sympatycznego Szwajcara. Konsumujemy przy tym kanapki zrobione na drogę przez p. Heidi. Smak tych pysznych kanapek będzie nam towarzyszył przez pół wyprawy... Po przepłynięciu jedziemy dalej wzdłuż jeziora, oczywiście trasa rowerowa jest doskonale oznakowana, znów trafiamy na tunele tylko dla rowerzystów. Pniemy się ciągle pod górę, mijając Tellskapelle, czyli miejsce upamiętniające narodowego bohatera Szwajcarii – Wilhelma Tella. Zjeżdżamy do Altdorf, a następnie zaczynamy podjeżdżać doliną rzeki Reuss w kierunku Andermatt. Początkowo jest w miarę płasko, ale im wyżej tym bardziej ostry podjazd. Im bardziej w górę tym piękniejsze są również widoki. Ostatni odcinek przed Andermatt jest bardzo ostry, na dodatek poprowadzony częściowo stromymi długimi tunelami. Wreszcie wjeżdżamy w prześliczną polodowcową dolinę w której leży Andermatt. Nocujemy w oborze, w kompleksie pięćsetletnichzabudowań pasterskich przebudowanych na domek letniskowy Szwajcara pracującego w fabryce Victorinoxa. Co prawda gospodarze mówią tylko po niemiecku, co nie przeszkadza nam cały wieczór “gawędzić” przy kawie.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

chmurki Dzień 8 - 08.08.2006
sobota

Realp - Saxon

Z pewnym smutkiem opuszczamy nasze XV-wieczne schronienie i ruszamy na Furkę. Niżej widoki piękne i rozległe na całą dolinę. Niestety im wyżej, tym więcej mgły, aż w końcu dolina zniknęła. Podjazd był miejscami przyjemny, miejscami morderczy. Zrobiliśmy kilka odpoczynków i po przejechaniu 13 km podjazdu zameldowaliśmy się na Furkapass, ponownie...Na szczęście nic się nie zmieniła, tylko nie ma proporczyka, który zostawiliśmy 2 lata temu :). Tuż przed przełęczą wyjrzało słońce i towarzyszyło nam do końca dnia. Na zjeździe zatrzymaliśmy się jeszcze przy lodowcu Rodanu, na moment w Gletsch, a potem... 60 km zjazdu. Z początku bardzo ekscytującego, potem trochę mniej stromego, aż dolina rozszerzyła się na tyle by droga wydawała się płaską :). Cały dzień zjeżdżaliśmy doliną Rodanu w pięknym słońcu, ale niestety byliśmy znużeni. Po drodze przejechaliśmy przez historyczne miasto Sion. Na noc zatrzymaliśmy sie u Portugalczyków (!) mieszkających 10 km przed Martigny. Akurat załapaliśmy się na grilla :), było zabawnie bo gospodarze mówili i jedli w tempie TGV a jedynym słowem po angielsku które znali była iberyjska wersja słowa eat – kit :) czuliśmy się więc jak dzieci... Za to najedliśmy się do syta.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 9 - 09.07.2006
niedziela

Saxon - Sarre

Zaplanowana trasa jest nie do zrealizowania. Wstajemy wcześnie, żeby zdążyć na Mszę do Martigny, ale musimy czekać do 9.30. W między czasie udajemy sie na poszukiwanie toalety. Tomek idąc w jednym kierunku szuka 40 minut, ja idąc w drugim – 5. Tuż po wyjściu spotykamy Polaków, którzy pracują tu na budowie. Wg ich relacji są tu bardzo drogie mieszkania – skarżą sie, iż płacą tygodniowo 600 euro za wynajem (?!). Ruszamy powoli w górę. Początkowe 17 km podjazdu jest łatwe, a potem zaczyna się źle, gorzej źle, tunel, źle, itd... podjazd pod GSB jest naprawdę wymagający, a najdłuższy tunel (na szczęście częściowo odkryty) ma około 5 km. Przy wjeździe do właściwego tunelu GSB spotykamy Holendrów, którzy również jadą na górę z sakwami. Z tego miejsca czeka nas jeszcze 7 km. Spotykamy tutaj również “naszych” Polaków z Martigny. Drogę komentują tradycyjnie polskim: “Zajebista góra tam jest, odpocznijcie”. Zaczynamy podjeżdżać, i rzeczywiście ostatnie kilometry są bardzo ciężkie.Kilkukrotnie się zatrzymujemy. Jesteśmy zawiedzeni, bo nie widzimy żadnego bernardyna. Zjazd do Aosty jest bardzo długi i szybki. Na dole spotykamy sympatycznego motocyklistę na chełmskich rejestracjach. Miasteczka wyglądają na wymarłe. Nagle w całym mieście wybucha gwałtowny okrzyk, klaksony itp. No ta, właśnie Włosi grają mecz o mistrzostwo świata i strzelili gola. Chcąc nie chcąc udajemy się na camping. Całą noc trwa impreza...
Do góry

slonce Dzień 10 - 10.07.2006
poniedziałek

Sarre - Aime

Rano wstajemy godzinę później, co jest doskonałym pomysłem. Już nie widać kto zdobył mistrzostwo świata :-). Jemy musli z kisielem i ruszamy w drogę przy okrzykach: Polonia! Polonia! stojących na campingu Włochów. Jedziemy na małego Bernarda. Pogoda bardzo słoneczna, co pogorszyło samopoczucie na podjeździe. Drugą stroną medalu były fantastyczne widoki z monumentalnym Mont Blanc na czele.W skwarze podjeżdżamy 23 km z wieloma tunelami i serpentynami. Pogoda straszna, ale widoki to rekompensują z nawiązką. Jazdę można określić jako pogoń za przerwą w cieniu. Na przełęczy widoki kapitalne, masa zdjęć, dużo śniegui tylko trochę chłodniej :-). Zjazd piękny, tylko droga kiepska. Na dole robimy zakupy i po naradzie (wywołanej małą kontuzją kolana Łukasza) postanawiamy zjechać w dół doliną omijając tym samym resztę przełęczy, które mieliśmy w planach pokonać. Jak się miało później okazać, decyzja była jakże trafna :). Znajdujemy nocleg na polu zdominowanym przez ślimaki, po czym w miejscu gdzie mieliśmy rozbijać namiot zaskoczył nas jakiś wesoły Francuz pytając "English? Deutsch?" I zapytał czy nie wolelibyśmy nocować u niego na polu. Trawę miał ładniejszą :), zresztą jego propozycja była zdecydowanie korzystniejsza. Koniec końców wylądowaliśmy w małym domku stojącym obok basenu, gdzie na podłodze leżały dwa dmuchane materace :) W roli strażnika noclegu wystąpił udomowiony bokser, który pożerał resztki naszego makaronu z sosem.
Do góry

slonce Dzień 11 - 11.07.2006
wtorek

Aime - Sassenage

Od rana cały czas w dół, aż do Moitiers. Stamtąd udaje nam się wyjechać po pół godzinie, bo główna droga zamienia się nagle w ekspresówkę. Pytając trzech Francuzów, klucząc i klnąc dojeżdżamy do olimpijskiego Albertville. Tam drugie śniadanie, a potem dalej płasko bocznymi drogami, a potem główną do Grenoble. Po drodze upał staje się tak nieznośny, że w Montmelian decydujemy się na pierwszą sjestę. Jemy lody pod Intermarche. W Grenoble jesteśmy o 19. Gdyby nie zapytany o drogę młody człowiek, który nas wyprowadził na rowerze z miasta, to byłoby ciężko nam wydostać się w miarę szybko. Na jednym ze skrzyżowań podjeżdża samochód . Pada pytanie: Are you from Finland? Odwracam się – w samochodzie 4 murzynów w dreadach, w głośnikach na full Bob Marley :-) Skąd im ta Finlandia...Where are you going? -To Spain, Barcelona, - O, beautiful city. Maybe you'll visit Andalucia? Maybe... Przedmieścia Grenoble, w których planowaliśmy nocleg to w zasadzie miasto, ale udaje nam się znaleźć kawałek łąki i zezwolenie od gospodarza. Zasypiamy w cieniu masywu Vercors....
Do góry

slonce Dzień 12 - 12.07.2006
środa

Sassenage - Montelimar

Po upalnej niemal nocy wyjeżdżamy o 8.00, żeby jechać jak najdłużej, zanim zacznie się upał. Droga główna i raczej nudna. Urozmaicamy ją skrętem do miasta w poszukiwaniu sklepu, ale za pierwszym razem w Vinay nie znajdujemy. Dopiero w następnej miejscowości znajdujemy niezawodny Intermarche i strategiczną dla nas markę Top prix :-) Jedziemy przez miejscowość o wdzięcznej nazwie Romans :-), gdzie jemy lody, a następnie kierujemy się w stronę Valence. Tam czeka nas przebicie się przez miasto pocięte robotami drogowymi, ale odbijamy sobie półtoragodzinną drzemką bardzo ładnym parku.Co dziwne znajdujemy bardzo szybko drogę wyjazdową i ruszamy do wyznaczonego celu gonieni przez burzę. Nocleg znaleziony chyba za 15 razem, w ostatniej chwili bo już lało. Śpimy w nieużywanej przyczepie campingowej służącej za magazyn i sypialnię kotów (futro z ubrań będziemy wyciągać jeszcze przez dwa dni).
Do góry

slonce Dzień 13 - 13.07.2006
czwartek

Montelimar - Vers du Pont du Gard

Po nocy pełnej kociego włosia wstaje piękny poranek. Zbieramy się i wyjeżdżamy w kierunku Avignon. Poranek wydaje się chłodny, ale to tylko złudzenie. Śniadanie jemy po drodze gdyż rano nie kupiliśmy mleka. Na Rondzie plakaty wskazują, iż za dwa dni zawita tutaj słynny Tour de France. Szkoda że musimy już jechać... Cały czas jedziemy doliną Rodanu, a drogi są na przemian zatłoczone i puste. Generalnie dużo ciężarówek. W Orange jemy lody i szukając poczty i antycznego teatru z listy światowego dziedzictwa UNESCO wjeżdżamy w uliczki starego miasta. Akurat dzień targowy więc miejsca za dużo nie było. Sprawnie przeciskamy się między ludźmi, straganami i odnajdujemy rzymski amfiteatr. Wstęp drogi więc decydujemy się na obejrzenie tylko od zewnątrz. W Avignonie od razu znajdujemy pocztę i kupujemy telecarte potem oglądamy plac przed pałacem papieskim, gdzie akurat wystawiano spektakl w ramach festiwalu teatralnego trwającego tu cały lipiec. Po obejrzeniu spektaklu po francusku oglądamy katedrę, potem odpoczywamy przy moście św. Benezeta spożywając melona.Po odpoczynku orientujemy się, że znowu idzie burza... Jedziemy w stronę Millau, zachaczamy o Cetnre Commercial E. Leclerc i wjeżdżamy we wsie. Oglądamy akwedukt rzymski na rzece Gard z listy UNESCOi znajdujemy nocleg u pana, który upierał się że burza przejdzie bokiem. Dopiero kiedy zaczęło lać, pozwolił nam spać w domku letniskowym (niestety namiot już był przemoczony). Takiej burzy to chyba tutejsi najstasi górale dawno nie widzieli. Potem przyszła pani domu i zaprosiła nas na pyszną kolację, gdzie poznalśmy jej córki i 2 Amerykanki z wymiany. Na poprawę kolacji gotujemy tajemnicze kiełbaski... okazało się że z baraniny... i idziemy spać.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 14 - 14.07.2006
piątek

Vers du Pont du Gard - st Jean

Rano zbieramy się szybko, ale i tak od 8.00 jest straszny upał. Cały dzień jedziemy bocznymi dróżkami i jest trochę pod górkę, w końcu dzisiaj mamy wjechać w opisywane w przewodniku jako dzikie góry - Sewenny. Góry już wyglądają "południowo": nagie stoki pokryte karłowatymi krzewami. Droga prowadzi wśród sawanny "umilana" odgłosami cykad. W południe sjesta + standardowy zestaw Intermarche: lody 1 litr + melon + 3 litry picia Top prix. Hymnem Intermarche powinna być chyba pieśń “you never walk alone” market jest w każdym mieście – taka tutejsza biedronka. Po przejeździe przez egzotycznie brzmiącą miejscowość Ganges wjeżdżamy w góry doliną rzekii pniemy się w górę na przełęcz 804 m npm. Po drodze oczywiście zakupy, gdzie spotykamy gburowatych Polaków motocyklistów. Na samej górze wita nas kilkusetmetrowy nieoświetlony tunel. Faktycznie góry sprawiają wrażenie opuszczonych. Pod wieczór wjeżdżamy do Parku Narodowego Grand Causess. Gospodarze w St Jean sami nas ściągają wzrokiem. Sympatyczne starsze małżeństwo z Montpellier pozwala nam rozbić namiot w ogródku. Mamy dostęp do prysznica, a na kolację puree z parówkami i fasolką. Aha, dzisiaj była rocznica zburzenia Bastylii.
Do góry

slonce Dzień 15 - 15.07.2006
sobota

St Jean - Lacaune

Rano morze pysznej kawy, doskonałe pieczywko z czekoladą plus nutella i dżem i przesympatyczni gospodarze, oto recepta na doskonały poranek. W świetnych humorach ruszamy w dół 40 km zjazdem do Millau, głównie wąwozami rzeki Dourbie.Przepiękne dolinki, widoczki, miasteczka, lasy, rzeczki, mgła, skały... jak w bajce. Dojeżdżamy do Millau, kłaniamy się wiaduktowi,w jego cieniu jemy śniadanie, oglądamy małą wystawę o nim i ruszamy dalej w góry. Droga nużąca, zatrzymujemy sie w mieście Św. Afryka :). W drugiej części dnia widoki jak z Beskidów, puste drogi. Planujemy przejechać 140 km, ale musimy szukać noclegu wcześniej bo goni nas burza.... Znajdujemy nocleg w Laucane u przemiłej rodziny i dostajemy kawę w termosie i drożdżówki na rano...
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 16 - 16.07.2006
niedziela

Lacaune - Rouffiac

Musimy wstać bardzo wcześnie, żeby zdążyć do Brassac na mszę i nie tracić zbyt wiele czasu. Po drodze mijamy przełęcz, a właściwie lekki podjazd po którym następuje wieelki zjazd. Znajdujemy kościół z mszą dopiero o 11.00, zatem ruszamy w drogę. W jednej z malutkich wiosek słychać dzwony – zjeżdżamy, i okazuje się że wjeżdżamy akurat na początek mszy. Hmmm, to nie jest zbieg okoliczności. Po wyjściu z kościoła oczywiście stanowimy wioskową atrakcję. Dostajemy jao pielgrzymi do Fatimy specjalne błogosławieństwo od księdza. Potem znów podjazd zjazd aż do Mazamet. Tam pod marketem spotykamy sympatycznych Ślązaków z Wodzisławia. Stamtąd cholernie długi podjazd w kierunku Carcassonne przez pasmo górskie Montagne Noire w niesamowitym upale.Podjeżdżamy chyba z dwie godziny, po czy jest płasko lub lekko w dół, ale za to pod wiatr. Po wyjeździe z gór ukazuje się nam olśniewający widok – szeroka równina z widokiem na majaczące w oddali Pireneje. Zjazd jest ciężki bo cały czas pod wiatr. Po drodze obserwujemy przepływające jachty na Canal du Midi (zabytek UNESCO). Dojeżdżamy do Carcassonne. Zdobywamy Cite, ale z racji niedzieli są tam miliony turystów. W połączeniu z upałem powoduje to, iż faktycznie ładnie zachowane miasteczko nie wywołuje pozytywnego wrażenia. Totalna komercha i tyle. No, ale fakt że mury mogłyby służyć do kręcenia ekranizacji Krzyżaków,pieśni o Rolandzie i Robin Hooda na raz.Wyjeżdżamy lekko zdegustowani tłumami, na szczęście potem znajdujemy market po czym reklamujemy ciekawej Francuzce sakwy Crosso. Po 15 km od Carcassonne znajdujemy nocleg w Rouffiac, zostajemy przyjęci jak rodzina – pełnym stołem, siedzimy przy kolacji do 22 i rozmawiamy niemal na migi, robimy zdjęcia, i dostajemy prezenty w postaci t-shirtów, dostajemy poduszki do spania w hamakach.... dzisiejszy wieczór jest lekko niewiarygodny....
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 17 - 17.07.2006
poniedziałek

Rouffiac - Belcaire

Rano po pysznym śniadaniu i całusach od gospodyni ruszamy w drogę. Dzień ustalamy na odpoczynkowy. Jedziemy do Quillan, gdzie szukamy internetu i robimy odpoczynek. Dojeżdżamy do miasta w czasie sjesty i wszystko jest zamknięte... odpoczywamy dwie godziny. O 14 w informacji turystycznej dowiadujemy się że kafejka jest w barze 50 m obok.. oczywiście bary są otwarte w czasie sjesty....:). Radzimy sobie z internetem i ruszamy dalej przez góry. Po 10 km wjeżdżamy na Plateau de Sault czyli płaskowyż, którego nie opuścimy do końca dnia. Od 16 straszy nas burza, potem dwie burze, a na wieczór już burze są wszędzie dookoła. Po dlugich poszukiwaniach znajdujemy gospodarza, leśnika mówiącego po niemiecku, za to jego żona po angielsku. Zanim wymyśliliśmy suche miejsce gdzie będziemy spać, to zrobiło się ciemno i burze się rozeszły :). Ostatecznie spaliśmy w Transicie wersja kampingowa. Gospodarz raczy nas pyszną sałatką z orzechami i sosem vinaigrette.
Do góry

slonce Dzień 18 - 18.08.2006
wtorek

Belcaire - Anserall

Po nocy spędzonej pod szyber dachem i 30 cm przestrzeni nad głową dostajemy śniadanie – świeże bagietki z musem z moreli. Podjazd bardzo przyjemny - wjeżdżamy na kolejny poziom płaskowyżu i zdobywamy kolejno 3 przełęcze około 1200 – 1400 m npm.(ktoś się drze “dzień dobry” z samochodu). Na oznaczonej przełęczy okazuje się że musimy podjecać jeszcze 2 km w górę na przełęcz której nie ma na mapie. Na przełęczy Tomek stwierdza, że coś mu stuka w tylnym kole. Cóż, takie stukające stukanie nie stuka bez powodu jak mówił Kubuś P. Zjeżdżamy do Ax-Les-Thermes. Po zdjęciu sakw okazuje się że zaczyna pękać lekko sfatygowana obręcz. Po krótkich konsultacjach w informacji turystycznej okazuje się, że najbliższy sklep rowerowy jest w stacji narciarskiej, do której jest 8 km i 700 m pod górę, lub też wjazd kolejką.... To jedziemy kolejką.... na górze okazuje się, że sklep, to trochę zbyt szumna nazwa na to “coś” 2 rowery na krzyż i trochę części typu trąbka i koszyk na bidon... a zatem: najbliższy sklep albo 70km w zupełnie przeciwnym kierunku, albo w Andorze... 50 km dalej pokonując przełęcz 2407 m... Ale cóż wracać się nie będziemy, więc jedziemy do Andory. Pierwsze kilometry są w miarę płaskie. Potem zmagając się z wiatrem podjeżdżamy serpentynami i długą prostą do Pas de la Casa.W międzyczasie zaczyna nas gonić burza, i ostatni kilometr przed Pas de la Casa przejeżdżamy w deszczu. Na szczęście w Pas de la Casa zaczyna się nieco przejaśniać. Samo Pas de la Casa robi piorunujące wrażenie: olbrzymie centrum handlowo rozrywkowe na tle trzytysięczników... stamtąd jeszcze 3-4 km do samej góry. Nagle za plecami niemal zupełnie ciemno, burza nadchodzi powoli, ale z racji że jest późno decydujemy się przyspieszyć i ruszamy w szybkim tempie do góry. Gdy zatrzymuję się żeby złapać oddech z jasnej chmury nad nami 10 metrów przed nami strzela piorun w przydrożny słupek. Nie trzeba pisać jak się poczuliśmy. W te pędy resztkami sił ruszyliśmy do widocznej przed nami stacji benzynowej. Tam czekaliśmy niemal godzinę aż burza minie, jeszcze kilkaset metrów podjazdu i znajdujemy sie na najwyższej drogowej przełęczy Pirenejów. Po drodze jeszcze mijamy kilka stacji benzynowych – podobno tutaj benzyna jest tańsza o kilkanaście procent niż we Francji. Teraz czeka nas długi zjazd niemal przez całą Andorę, a w zasadzie przez Centrum Handlowe Andora :-) wszędzie masa sklepów, a na dodatek gdy dojeżdżamy do stolicy kilometrowe korki, z regulowanym na każdym skrzyżowaniu ruchem przez policję. Jedynym sposobem na przedostanie się jest jazda środkiem ulicy pomiędzy pasami ruchu niemal ocierając się o samochody. Żeby nie nocować w Andorze decydujemy szukać sklepu rowerowego w La Seu de Urgell w Hiszpanii. Nocleg w pierwszej wsi koło romańskiego kościółka, gdzie niemal się nie rozbijamy na starym cmentarzu...
Do góry


Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

chmurki Dzień 19 - 19.07.2006
środa

Anserall - Termens

Rano wstajemy i walcząc z lekko zachmurzonym niebiem dojeżdżamy do La Seu. Nawet chwilę pada... Przez dwie godziny szukamy czegoś otwartego, potem supermarketu i sklepu rowerowego. Znajdujemy dwa sklepy rowerowe, ale oba zamknięte i do tego nie bardzo wiadomo kiedy je otworzą. W końcu pojawia się sprzedawca (10:10), ogląda Tomka rower, obręcz i stwierdza "new wheel" oraz " it's too much work". Po wypowiedzeniu kilku niecenzuralnych slów w języku polskim , oddajemy uśmiechniętemu hiszpanowi mój rower. Serwisant obiecuje że wydobędzie ze starego koła piastę. Jak powiedział tak zrobił, szprychy ze starego koła wykręcaliśmy sobie sami... W końcu ruszamy z ogromną stratą.... Łukasz gdzieś przeczytał jak reklamuje hiszpanię biuro podróży... "UŚMIECHNIJ SIĘ , JESTEŚ W HISZPANII"... od tamtego momentu było to najczęście przez nasz powtarzane zdanie... i dowiedzieliśmy się że "manana" to po hiszpańsku również "zaraz skończę" ;-) ... W świetnych humorach ruszyliśmy dalej, zastanawiając się skąd wytrzasnąć bombę neutronową albo chociaż karabin maszynowy... a to dopiero pierwszy dzień w Hiszpanii. Później przez całą wyprawę bombę zrzucaliśmy średnio co 4 godziny, a karabin Łukasz brał ze sobą do supermarketów. No ale wyprawa trwa... Jedziemy dalej, humor tragiczny, pełno tuneli i wiosek których nie ma na mapie... POZDRAWIAMY WYDAWNICTWO MARCO POLO... na 120 km jedziemy doliną, a właściwie przełomem jakiejś rzeki , fanatastyczne widoki. Nocleg znajdujemy pod tarasem u hiszpanki,bo idzie burza - o przepraszam, tempestad... jedyna sprawiedliwa w sodomie... viva espana...
Do góry

slonce Dzień 20 - 20.07.2006
czwartek

Termens - Quinto

Rano nie niepokojeni przez nikogo zbieramy sie z wiaty i wyjeżdżamy. Po 16 km jesteśmy w Lleidzie. Tam wyciągamy pieniądze z bankomatu DB, znajdujemy pocztę i robimy zakupy. Droga którą wybraliśmy na dzisiaj(N II) biegnie cały czas wśród autostrady, zatem wywnioskowaliśmy że będzie mniej uczęszczana. Taaa. Przez 70 km jechaliśmy wzdłuż milionów tirów które jechały niemal jeden za drugim. Jeszcze na dodatek droga kluczy wzdłuż autostrady, i czasem nie wiemy gdzie jechać, gdyż wszytskie drogi prowadzą na Autovię. Jeszcze nie wiemy że akurat tym znakiem drogowym to w Hiszpanii mamy się najmniej przejmować. Na pociechę znajdujemy Intermarche, i jedyne w swoim rodzaju lody Banana Split adelie. Skręcamy w boczne drogi Aragonii, przejeżdżamy przez Ebro, i szukamy noclegu. Jedynym miejscem które zostaje nam polecone, jest klub strzelecki, gdzie znów śpimy pod wiatą,mamy do dyspozycji kran z wodą do mycia oraz 8 litrowy baniak wody mineralnej.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 21 - 21.07.2006
piątek

Quinto - Las Cuerlas

Wstajemy żwawo o 6, przygotowując się oglądamy wschód słońca. Jemy musli z kisielem i ruszamy w Aragonię... Niestety jedzie sie tragicznie... już o 8 jest ponad 25 stopni. Droga wyboista, góry - a może pustynia dookoła.Dużo ładnych widoków, ale przygnębienie narasta. Postoje robimy częściej niż zwykle, upał leje się z nieba a wiosek jak na lekarstwo. Tomek w myślach morduje 40 hiszpana na pomocą tortur... Na szczęście w wioskach znajdujemy Spar'y. Przejeżdżamy przez Belchite, miasto któe zostało doszczętnie zniszczone podczas wojny domowej, a ruiny zostawiono ku pamięci potomnych. Na poprawienie humoru jescze wita nas remont drogi krajowej, co oznacza 10 km po szutrze, przy którym pracuje jakieś 2 osoby.Mijamy kilka ładnych zabytków w stylu mudejar, niestety wszytskie zamknięte na cztery spusty. Koło 14-15 robimy leżankę. Przejeżdżamy przez zabytkowe miasto Daroca, po czym wjeżdżamy na przełęcz za którą nie ma zjazdu, tylko kolejny płaskowyż. 1000 m n.p.m. pusta droga, płasko jak stół i żadnej wioski w promieniu kilku km... Aby znaleźć nocleg musimy zboczyć 4 km z trasy. Wjeżdżamy do wsi, pytamy, a tu cała wieś się złazi, dużo dzieci, które nie wiedzą gdzie leży Polska (a, to u was jest teraz mundial?). Generalnie harmider. Dobrotliwa pani proponuje że nas wpuści na podwórko... za 17 euro.. :) chociaż w tej wiosce ostatni turysta przez przypadek wylądował chyba 300 lat wcześniej... Na szczęście w międzyczasie ktoś mówiący po angielsku (sic!) pokazał Łukaszowi fajne miejsce za miastem. Nie trzeba było użerać sie z panią, która znała również angielski ... a najlepiej dwa słowa... "to pay" :). Ponoć zrobiliśmy taką sensację w mieście, że przez następny rok miasto będzie huczeć od tego wydarzenia... viva espana....
Do góry

slonce Dzień 22 - 22.07.2006
sobota

Las Cuerlas - Millana

Burzy w nocy w końcu nie było. Za to było zimno! Ale jako że spaliśmy zupełnie poza wsią mieliśmy okazje oglądać niebo, jakiego w mieście nigdy się nie zobaczy... Jedzie się całkiem przyjemnie, mimo że jest sporo pod górę W Molinie jesteśmy o 11. kupujemy znaczki picie na zapas i w drogę... ale którędy? Zapytany Hiszpan stwierdza że nas wypilotuje swoim Renault Clio kilka kilometrów. Droga wiedzie do parku narodowego Alto Tajo a następnie mamy znaleźć sami szutrówkę która nas zawiedzie do drogi głównej. Oczywiście nasza mapa żadnej z tych dróg o których mówi nam Hiszpan nie ma odnotowanych....Po drodze szukając szutrówki gubimy drogę dwa razy, a gdy znajdujemy szutrówkę, to wtedy Tomkowi rwie się łańcuch. Chce nam się wyć! Na szczęście skucie łańcucha jest bezproblemowe i jedziemy dalej. Zjeżdżamy w dolinę Tagu. Znajdujemy urocze miejsce do kąpieli zatem korzystamy z ochłody. Potem cholerne góry,i na końcu podjazdu.... jest płasko przez 35 km... Cholerne góry płytowe.... Zjazd dopiero przed samym noclegiem poprzedzony ucieczką przed zdziczałymi psami które na urządziły sobie regularne polowanie na mnie (Ł). Zjeżdżamy jeszcze trochę, po czym znów ten sam problem, nikogo w ogródku. Spotykamy jedyną osobę we wsi która mówi po angielsku (dziewczyna około 18 lat), i chwali się nam, że zna też zdanie po polsku: “jestem ładna i mądra” Wszyscy wysyłają nas na boisko z ścianką do squasha (!!!) (wioska 500 mieszkańców) Dostajemy zgodę sołtysa na rozbicie się tam, i śpimy.
Do góry

slonce Dzień 23 - 23.07.2006
niedziela

Millana - Aranjuez

Rano z trudem zwlekamy się z karimat, przygotowujemy sie do odjazdu zeskrobując zewsząd terra rosę. Wyjeżdżamy do następnej wsi w poszukiwaniu Mszy Św. Jest 8:30, logika nakazuje aby droga prowadziła w dół, no ale to jest Hiszpania więc podjeżdżamy i zjeżdżamy... męczarnia. W końcu nie trafiamy na żadną Mszę. Jakimś cudem odzyskujemy humor w połowie dnia... Planujemy nocować na kampingu z basenem więc jesteśmy pewni noclegu... Przez cały dzień słońce, błękit nieba i góry, choć trochę już niższe. Oczywiście sjesta przy lodach algidy i Coca Coli. W doskonałych humorach dojeżdżamy do Aranjuez, miejsca naszego noclegu... dojeżdżamy do kampingu z basenem..:D ... dupa... Camping cerrado... znaczy się że zamknięty. Nerwowa tułaczka po mieście i za miastem, kilka desperackich prób znalezienia gospodarza w mieście... lądujemy w hostalu za 32 jurki.... viva espana...
Do góry

slonce Dzień 24 - 24.07.2006
poniedziałek

Aranjuez - Navarhermosa

Skoro już spaliśmy w tak wypasionych warunkach to postanawiamy wstać godzinę później. Szybko się zbieramy, ale przeklęta miejscowość nie chce nas wypuścić ze swoich szpon. Jedziemy na zakupy: niestety E.Leclerc jest czynny od 10.00 (jeszcze nie wiemy że jest to niemal regułą w Hiszpanii). Szukamy innego sklepu.... znajdujemy niemal po pół godzinie. Żeby w wielkim mieście był jeden market? Gdy stoję z zakupami przy kasie, psuje się jedna kasa, a potem następna. W końcu wyjeżdżamy o 10.00. Na szczęście drogę wyjazdową znajdujemy bez problemu, ale nawierzchnia jest tragiczna, zakończona niespodziewanie... samoobsługowym promem przez Tag.

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

Dalej już bez niespodzianek do Toledo. Miasto już z daleka robi duże wrażenie, ale żeby je zobaczyć z bliska trzeba podjechać pod duuużą górę. Po drodze kupujemy kartki, jedzenie korzystamy z internetu, a następnie jedziemy na stare miasto, aby zobaczyć alkazar i katedrę. Katedra robi niesamowite wrażenie. No duża jest :-)Szkoda tylko ze wstęp kosztuje 6 euro...No, ale takie zabytki trzeba zwiedzać. Potem włóczymy się chwilę po mieście, robimy zapasy jedzenia, i ruszamy w drogę ogromnym podjazdem w kierunku Montes de Toledo. Droga prowadzi przez lokalne zagłębie przemysłu meblarskiego, na kilkunastu kilometrach mijamy kilkadziesiąt fabryk i sklepów meblowych. Drogę upiększają wprasowane w jezdnię zwłoki stworzeń typu królik/zając które śmiało biegają po stepie obok i chyba zbyt często wkraczają na jezdnię. Po górach, dolinach dojeżdżamy do Navarhermosy, w której nie dość że nikt nie jest nam w stanie polecić miejsca do rozbicia się, to nie chce dać nam paru litrów wody, mrucząc pod nosem coś o sklepie.... Noc spędzamy w gaju oliwnym wgapiając się w cudownie gwiaździste niebo.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 25 - 25.07.2006
wtorek

Navarhermosa - Guadalupe

Rano wstajemy godzinę przed świtem (powoli staje się to naszą tradycją) zbieramy się i na piątym kilometrze znajdujemy przytulne miejsce na konsumpcję zaległego puree z fasolką. Na 20 km jesteśmy w Los Navalmorales, gdzie robimy zakupy w Sparze, w trakcie naszej wizyty wysiada światło. Pepsi i ciastka poprawiają nam humor. Droga, którą jedziemy przypomina chyba dzieciństwo Franco,asfalt jest wąski zryty i czerwony. Samochody mijają nas średnio raz na godzinę. W jednym z miasteczek przyglądamy się przygotowaniom do święta narodowego Hiszpanii - dnia św. Jakuba. Ale trzeba przyznać, że jazda prowincją ma swoje uroki, widoki są śliczne. Po zjeździe do La Nava wjeżdżamy na równinę, która kończy się przełęczą w górach Sierra de Altamira, i jest jednocześnie granicą pomiędzy Kastylią i Extremadurą. Podjazd ma 21 km z różnicą poziomów 200 metrów, ale i tak końcówka ma ponad 8%. Za Puerto de San Vincente okazuje się, ze dalsza droga do Guadalupe prowadzi niemal cały czas przez góry. Podjazd 3 km, zjazd 10 km i na odwrót i w kółko Macieju. Wcześnie dojeżdżamy do celu, gdzie znajdujemy rewelacyjnie tani camping – za całość zapłaciliśmy 8,5 euro, basen & ciepła woda included. Rozkładamy namiot i szybko udajemy się zobaczyć średniowieczne centrum z klasztorem. Atmosfera wewnątrz jest znakomita, jednak jest już późno i musimy szybko wracać. Basen okazuje się że jest już nieczynny, ale za to mamy prysznic, i o to chodzi.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 26 - 26.07.2006
środa

Guadalupe - Malpartida de Caceres

Dzień wstaje ciemny jak zwykle. Jak zwykle z trudem wstajemy, po 30 minutowym zbieraniu chęci, pokonując mroki namiotu. Przygotowujemy się powoli (lub jak kto woli – dokładnie...) i wyjeżdżamy na "przełęcz z rana jak...". Okazuje się być ona łatwiejsza niż przypuszczaliśmy i ... niższa niż podaje to tabliczka na tejże (wg wskazań licznika i GPS). Potem przyjemne widoki, dużo górek, upał... tradycyjny zestaw... no ale jedzie się zadziwiająco przyjemnie. Przejeżdżamy przez miejscowości z pieśnią na ustach i spotykamy grupę Szwajcarów jadących do Portugalii w sposób na tyle zorganizowany że każdy z uczestników miał numer... i na końcu jechały dwa samochody. Wszędzie też mieli naklejone strzałki, gdzie jechać...:) eh swiss... Jeden ze Szwajcarów ryzykując życie robił nam fotki przy wyprzedzaniu... My nie pozostaliśmy dłużni .. obdarzyliśmy ich ogromną porcją Ryszarda Rynkowskiego :). Zwiedzamy nieco zaniedbaną starówkę w Trujillo,którą rozpaczliwie zachwalał przewodnik - po raz kolejny nasz przyjaciel Pascal zderza się z hiszpańską rzeczywistością. Nasz wyjazd ze starówki lekko się opóźnił, ponieważ musieliśmy poczekać aż policia odjedzie... najkrótsza droga prowadziła bowiem pod prąd. Jak już wyjechaliśmy z miasta to musieliśmy sprostać ogromnemu wyzwaniu... żeby nie zasnąć... trzaskaliśmy się bowiem przez 50 km prostą jak strzała drogą do Caceres... (przypominam że jesteśmy w Hiszpanii – upał, te sprawy...). W Caceres drapiemy się na starówkę.. tradycyjnie już łamiąc tonę przepisów, głównie jadąc pod prąd. Układ dróg jednokierunkowych w tym mieście projektowała chyba gwiazda hiszpańskiego pop-u. W każdym bądź razie Nobel w dziedzinie Idiotyzmów. Na głównym placu oglądamy jakąś paradę i jemy melona. Następnie jedziemy za miasto szukać noclegu. Jako że był to dzień paradoksów znajdujemy nocleg na gospodarza... Hiszpan mówi po angielsku, wpuszcza nas do łazienki i przynosi chłodne napoje... Wiecie czemu? Bo to było tuż przy granicy z Portugalią...:D
Do góry

slonce Dzień 27 - 27.07.2006
czwartek

Malpartida de Caceres - Nisa

2/3 dnia – koszmar. 91 km ciągle 'up and down' przez pustkowia Extremadury. Bez odrobiny cienia, 1 km podjazdu, 1 km zjazdu i tak w koło. Dopiero od Valencia de Alcantara ukształtowanie terenu się poprawia. Po drodze spotykamy Polaków, którzy pracują tutaj przy wyrębie lasu (jakiego lasu?!). Na 91 km wjeżdżamy do Portugalii. Od początku niemal jest bardziej zielono i chłodniej. Wjeżdżamy do Alpahao, miasteczko jest niemal jak z przewodnika turystycznego, białe domy, kobiety ubrane na czarno....) Stamtąd droga okazuje się ekspresową (brawo wydawnictwo Marco Polo). Objazdem dojeżdżamy do Nisy, gdzie znajdujemy nocleg w ogródku z bonusem w postaci wielkiego arbuza.
Do góry

slonce Dzień 28 - 28.07.2006
piątek

Nisa - Fatima

Rano zbieramy się jak zwykle po ciemku. Droga na mapie jest wzdłuż Tagu. Na mapie... po 30 km w miarę płaskich zaczynają się góry i doliny. Pierwszy odpoczynek w Gaviao, gdzie robimy ppo raz pierwszy od dwóch tygodni tańsze zakupy, a potem gubiąc kilka razy drogę (oj, Portugalczycy nie mają talentu do oznaczania dróg) aż do Torres Novas. Tam znajdujemy.... intermarche, a zatem znów lody 'Adelie' 1 litr. Stamtąd bocznymi nieoznakowanymi drogami do Fatimy. Wjeżdżamy w solidne góry, po drodze zrywa się wiatr, który niemal zwala nas z nóg, a na dodatek jakiś wściekły tir mało co nas nie zmiata z powierzchni ziemi. Po wyczerpującym podjeździe jeszcze 15 km płaskiej drogi i trafiamy do Fatimy. Miasto okazuje się tradycyjnym cntrum pielgrzymkowym – masa sklepów z tandetnymi dewocjonaliami, tłok i harmider. Pojawiamy się na ogromnym placu przed bazyliką,gdzie wzbudzamy zainteresowanie kilku pielgrzymów z Polski. Dostajemy kontakt do darmowego domu pielgrzyma. Co za ulga... Po obiedzie i prysznicu wybieramy się aby zwiedzić sanktuarium i wziąć udział w wieczornym międzynarodowym różańcu.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 29 - 29.07.2006
sobota

Fatima - Feliteira

Po nocy w wygodnym łóżku odwiedzamy jeszcze raz na rowerch plac przed bazyliką. Tym razem zostajemy z niego niegrzecznie wyproszeni przez strażników. Tradycyjnym ukształtowaniem terenu 'up&down' zmierzamy w kierunku największej jaksini Portugalii – Mira d'Aire. Duży, ba, ogromny podjazd do samej jaskini. Jaskinię zwiedzamy z wycieczką emerytów i rencistów, których interesuje wszystko, tylko nie nacieki jaskiniowe. Jaskinia urządzona jest w nieco kiczowato – jarmarcznym stylu, łącznie z podświetlanymi fontannami na podziemnej rzece. Jednym słowem – na Słowacji i bliżej i zdecydowanie ładniejsze jaskinie. Po zwiedzeniu jaskini cały dzień odludnymi górkami, oczywiście przez nieistniejące na mapie wioski (pozdrawiamy wiadome wydawnictwo). Postoje dwa razy przy Intermarche (lody 'Adelie') Po drodze oczywiście brak drogowskazów. Poznajemy sympatycznych Ukraińców, którzy są przekonani, że nie wiemy gdzie jechać, i chcą nam to koniecznie wytłumaczyć. Jedziemy totalną prowincją, musimy pytać kilkakrotnie o drogę. Jeden starszy człowiek dowiadując się że jesteśmy z Polski mówi: 'Polonia, Joao Paolo secondo...' wzruszenie chwyta nas za gardło... Nie możemy znaleść miejsca na rozbicie namiotu. Zrezygnowani decydujemy się jechać na Cabo da Roca, w końcu to tylko 40 km. Kątem oka zauważamy jakiś ruch przy jednym z domów. Nie wierząc Tomek idzie zapytać o możliwośc noclegu. Okazuje się, że młoda właścicielka mówi po angielsku, ma remontowany dom w środku wioski, i ochotę aby nas tam ugościć. Dom jest obskurny i z karaluchami, ale noclegowi pod dachem nie zagląda się w zęby. Na dodatek właścicielka, Maria de Fatima (!!) obdarza nas obrazkiem Anioła Stróża.
Do góry

slonce Dzień 30 - 30.07.2006
niedziela

Feliteira - Lisboa

Rano wstajemy lekko zaniepokojeni czy karaluchy nie zeżarły nam sakw. Ale wszystko jest w całości. Wyruszamy modląc się aby żaden z mieszkańców domku nie postanowił nam towarzyszyć. Czujemy lekki niepokój patrząc w niebo, ironicznie całkowicie zachmurzone... 4 tygodnie podróży w pełnym słońcu i błękicie nieba... i w tym jednym, najbardziej wyczekiwanym dniu... wtedy gdy najbardziej liczymy na piękne widoki... Ehh. Nie byliśmy więc w najlepszych humorach mimo odczuwalnej bliskości oceanu. Jedziemy do Mafry.. jak się okazuje przez spore przełęcze... wilgotność powietrza jest tak duża, że po wjeździe na najmniejsze wzniesienie pot leje się z nas strumieniami. W Mafrze szukamy kościoła. Jest 8:30, po paru kilometrach przymusowego zwiedzania miasta osiadamy na placu przy Katedrze.. jest 9:15. Okazuje się, że spis mszy w Mafrze wisi wewnątrz katedry, którą otwierają o 10 :). Czekamy więc. O 10 z kartki dowiadujemy się że jedyna msza jest właśnie tam o godzinie 11:30. Czekamy więc... naturalnie błyszcząc uśmiechami. Czas umilamy sobie zjedzeniem ogromnego melona, i zabawie z portugalskim automatem do sprzedaży znaczków pocztowych. Tuż przed mszą, po paru nieporozumieniach z miejscowymi udaje nam się względnie bezpiecznie zainstalować rowery. Podczas mszy dostajemy świra, bo co chwila turyści się kręcili koło wejścia, a tym samym obok rowerów. Bóg jest jednak miłosierny i po mszy możemy kontynuować podróż. Nareszcie zjeżdżamy do oceanu... (myślimy sobie) o głupcy! ... owszem zjeżdżamy, ale na sposób iberyjski... czyli przez góry. Jak się okazuje nie bylejakie... pokonujemy kilka przełęczy, a bezpośrednio przed Cabo da Roca podjeżdżamy na 260 (niby nic, ale z poziomu morza...) Z przyczyn etycznych nie będę przytaczał treści naszy rozmów oraz monologów z podróży od Mafry do Cabo da Roca. W końcu zjeżdżamy!!! na przylądek i co najważniejsze... nad oceanem jest błękitne niebo.Tam właśnie.. na końcu czasów... spędzamy przepiękne chwile wśród wiatru, zapierniczających chmur, dzikich turystów, błysków fleszy, latającego piasku i szumiącego oceanu.Choćbym mówił językami ludzi i aniołów... nie opisałbym tego uczucia. Siedzimy tam prawie godzinę, i praktycznie ze łzami w oczach zbieramy się do odwrotu... do ... domu. Droga do Lizbony wiodła pięknie.. wzdłuż wybrzeża. Po paru kilometrach postanowiliśmy się wykąpać w oceanie... czyli postać i przyjmować na klatkę fale o temperaturze 14 stopni...( odmarzały nam stopy :)) Pozbieraliśmy również muszelki. Sam dojazd do Lizbony był niezwykle ekscytujący... Było już późno, a my przed sobą mieliśmy sporo kilometrów bardzo zatłoczoną drogą. Kilkanaście kilometrów przed metą utworzył się korek i trwał on praktycznie do bram miasta. Korek.... to co rowerzyści lubią najbardziej...:) przejechaliśmy kilkanaście kilometrów mijając rzesze samochodów, to z prawej , to z lewej, to środkiem, to chodnikiem. Ekstaza...:D jakimś cudem nie spowodowaliśmy żadnego wypadku i dojechaliśmy szczęśliwie do Lizbony.. a tam czekała dopiero misja: niemożliwa. Dostać się na kamping Monsanto.. Najbezpieczniejszy kamping na świecie... bo najlepiej ukryty. Jak tam dojechać wiedzą tylko taksówkarze oraz kierowcy autobusów i to też tylko ci zasłużeni. Po długich poszukiwaniach i paru rozmowach ( w tym policjantem o idealnym angielskim i brytyjskim akcencie)o 23 stajemy u bram twierdzy Monsanto. Witają nas zdziwione oczy pracowników... ("jak nas znaleźliście", " desperaci !") :) [ironia w formie krystalicznej]. Mimo zmęczenia jeszzce dość długo rozmawiamy z małżeństwem z Estonii, którzy wędrują rowerami z północy na południe Portugalii. Po tak długim dniu przyjemnie jest wziąć prysznic i położyć się spać.. a jutro zwiedzamy...:)

Do góry


Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 31 - 31.07.2006
poniedziałek

Lisboa

Wstajemy baaardzo późno. Autobus z campingu zawozi nas prosto do Parc des Nacoes,gdzie położone jest jedno z największych oceanariów na świecie. Po dwóch godzinach zwiedzania tego przybytku czujemy się młodsi o parę miesięcy. Po odwiedzeniu zwierząt wodnych z całego świata udajemy się metrem na stare miasto. Zwiedzamy staromiejską dzielnicę Baixa, odwiedzamy Alfamę, katedrę, oraz zamek. Lizbona jest prześliczna.Następnie udajemy się do informacji turystycznej aby zasięgnąć wieści odnośnie centów handlowych. Miła panienka objaśnia nam mapę, i twierdzi że z centrum Amoeiras NIE DA SIĘ dojść do campingu, bo jest to za daleko!!! Po zrobieniu zakupów bierzemy zatem azymut na camping i idziemy na wyczucie. Jak się okazuje, wyczucie nas nie myliło. Resztę dnia poświęcamy na tzw byczenie.

Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 32 - 01.08.2006
wtorek

Lisboa - Alcacer de Sal

Wstajemy, i pełni wiary we własne możliwości próbujemy wyjechać z Monsanto rowerem i dostać się do centrum... :) eeeee, zaliczamy każdą ekspresówkę w okolicy, jakieś centrum przemysłowe, centrum handlowe, osiedle domków jednorodzinych... i nic... Półtorej godziny od startu , po przejeździe alejkami parku Monsanto, lądujemy w końcu w Belem ... ale to nie koniec. Po dokładnym obejrzeniu Pomnika Odkryć Geograficznych udajemy się w podróż na drugą stronę Tagu... :) eeeee, zaliczamy połowę miasta i wszystkie wjazdy na jedyny w mieście most na drugą stronę... i nic... autostrada... trzy i pół godziny po starcie z kampingu stajemy na drugim brzegu, wysiadając z promu. Następnie goniąc zaciekle przemiłego portugalskiego rowerzystę, który wyprowadzał nas z aglomeracji, dojeżdżamy na właściwą drogę, prowadzącą do Setubal. Tam kolejny promi znów jedziemy wzdłuż złotych plaż. Udaje nam się również wykąpać, chociaż nie było to łatwe. Plaże od drogi oddzielał 500 metrowy pas piasku i zarośli... I znowu kąpiel w formie stojącej lub pochylonej..:) no ale muszelki są... Po kąpieli misternie strzepujemy z siebie piasek, licząc naiwnie na to że podczas drogi powrotnej do szosy, nie nasypie nam się do butów... nadzieja matką... przy drodze ponownie otrzepujemy się z piasku :). Jedziemy dalej, a nocleg znajdujemy u miłego Portugalczyka, który mógłby stanowić doskonały przykład manianizmu pospolitego ciężkiego. Tomek załatwił nocleg, po czym poszedł zawołać Łukasza... w międzyczasie gospodarz wrócił do domu, a do niego przyjechali goście. Nasi dzielni bohaterowie przyjechali pod bramę i nie zastali nikogo :) czekali 40 minut, w międzyczasie dojeżdżali kolejni goście, którzy wołali gospodarza... W końcu Tomek wszedł na teren posesji w poszukiwaniu dobroczyńcy... Gdy był już za domem, gospodarz wyskoczył zza rogu i z rozbrajającym uśmiechem zaprowadził nas na miejsce naszego noclegu.. jak się okazało, od słowa do słowa, był to domek :)
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 33 - 02.08.2006
środa

Alcacer de Sal - Vila Verde de Ficalho

Od rana wzniesienia, ale droga bardzo przyjemnie wiedzie przez miły dla oka las dębowy (proszę nie myśleć o lesie w pojęciu środkowoeuropejskim). Postój robimy już na 35 km, atmosfera jest leniwa. Przez cały dzień przebijamy się przez wioski w kierunku granicy. Droga łatwa i z górki. Nocleg w ostatniej miejscowości przed granicą, u marynarza, który raczy nas melonem i sałatką.
Do góry

slonce Dzień 34 - 03.08.2006
czwartek

Vila Verde - San Lucar

Wstajemy ciężko, ale w dobrych humorach. Nasz ciepły Portugalczyk przyszedł zrobić nam zdjęcie i dać adres. Przemiły człowiek. Godzinę później z niekłamaną radością i weselem wjeżdżamy do Hiszpanii. Od razu witają nas tabliczki „coto privato de caza” no i podjazdy, zjazdy, upał... święta trójca. Na szczęście dajemy radę, choć trochę się odzwyczailiśmy od 50 stopni ;) O dziwo pani Andaluzja sprawia nam prezent. Pod koniec dnia zjeżdżamy na pewnego rodzaju równinę... (w Hiszpanii nie ma równin sensu stricte :)), co pociąga za sobą długie zjazdy. W ten sposób dostajemy szansę nadrobienia kilometrów. Dzięki temu kończymy dzień tuż przed Sewillą w San Lucar. Tam, dopiero na ostatnim podwórku, po długim i bardzo miłym dialogu :) Hiszpanie nie mówiący po angielsku dają nam nocleg. Trudno opisać nasze zdziwienie i wdzięczność zarazem. Dostajemy jeszcze napój z lodówki... który w czasie naszej wyprawy jest towarem wręcz absurdalnie deficytowym. Jedziemy wieczorem zadzwonić do domów, ale okazuje się że z naszej karty uszło w magiczny sposób kilkanaście euro.. i czasu starcza na 30 sekund rozmowy...
Do góry

slonce Dzień 35 - 04.08.2006
piątek

San Lucar - Arcos de la Frontera

Rano 15 km w dół doliny do Sewilli. Żeby znaleść się w centrum muismy pokonać 3 km autostradą (pierwszy raz, ale jak się okaże, nie ostatni...) Docieramy na stare miasto, gdzie zwiedzamy największą katedrę gotycką na świecie, odwiedzamy grób Krzysztofa Kolumba(a właściwie ponoć jego syna)i wchodzimy na wieżę – minaret – La Giraldę. Nawiasem mówiąc, na wieżę możnaby wjechać rowerem, nie ma tam schodów, a jedynie pochylnie. Z wieży piękny widok na całą Sewillę. Po zwiedzeniu ruszamy na Plaza de Espana,i zwiedzamy resztę miasta. Wyjazd z miasta wydaje nam się prosty... tak prosty że trafamy do jednostki wojskowej. Oczywiście na mapie jest zaznaczona normalna droga (pozdrawiamy...itd). Dopiero napotkany rowerzysta wyprowadza nas szutrówkami na właściwy kierunek. Po znalezieniu właściwej drogi 30 km jedziemy absolutnie płasko po trenach zalewowych Guadalkiwiru., potem znów wjeżdżamy w góry, aby dojechać do jednego z 'Pueblos Blancos' – Arcos de la Frontera. Według policji camping jest 3 km za miastem, ale odlegość podawał chyba jednak w milach morskich, ponieważ przejeżadżamy niemal drugie tyle. Na szczęście camping jest w miarę przyjazny i spokojny.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 36 - 05.08.2006
sobota

Arcos de la Frontera - Tarifa

Zgodnie z nową świecką tradycją slońce jeszcze pod horyzontem, a my wstajemy. Rano w recepcji był mniej przyjazny starszy gość, który nie umiał słowa po angielsku i jako bonus nie miał pojęcia o obsłudze terminalu do kart kredytowych. Wyjeżdżamy i znajdujemy o połowę krótszą drogę niż tłumaczona wczoraj. Potem już zwykłymi dla Hiszpanii górami i zwykłym leniwym tempem jezdziemy przez pustkowia w kierunku drogi narodowej numer 340. Upał... upał... W połowie dnia pojawia się urozmaicenie. Nasz stary druh Wmordewind. Czegoś takiego nie przeżyliśmy nigdy wcześniej. 48 kilometrów do Tarify pokonujemy wykuwając każdy metr w wietrze i niemal zwalani z nóg. Mijamy setki, może nawet tysiące wiatraków. Zdziwiłbym się, gdyby ich tutaj nie było. Zdobywamy przełęcz konwersując z Hiszpanem - rowerzystą, mijamy setki campingów, i zajeżdżamy do Tarify. Wieje tragicznie. Nic dziwnego że Tarifa ponoć królowała w Hiszpanii pod względem liczby samobójstw. My mieliśmy ochotę już po dwóch godzinach... Najpierw port, a tam okazuje się że wycieczka do Afryki jest zupełnie poza zasięgiem naszych finansów. Po drodze zawijamy na cel numer dwa wyprawy – przylądek Marroqui, a właściwie groblę prowadzącą na półwysep zajęty przez jednostkę wojskową. Na ukojenie zwichrowanych nerwów udajemy się na mszę. Po rozmowie z fantastycznym księdzem dostajemy kanapki i radę aby na nocleg udać się na plażę. Napotkany Polak radzi nam jednak, aby udać się za miasto, bo policja jednak patroluje plaże dość często. Szukając kawałka wolnej plaży spotyka nas mieszkający tu Szwajcar (!), który zaprasza nas na pole na klifie obok jego domu. Wspinamy się na klif. Na górze wieje okrutnie, udaje nam się jednak rozbić namiot. Nasz szwajcarski Hiszpan obdarza nas reklamówką jedzenia i wina. W przeginanym wiatrem namiocie i wśród syren okrętów przepływających przez Cieśninę Gibraltarską próbujemy usnąć...
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 37 - 06.08.2006
niedziela

Tarifa - La Duquesa

Rano nasz gospodarz budzi nas raźnym "dzień dobry" - okazuje się że gościł w Polsce kilkanaście razy. Pokazuje nam na laptopie zdjęcia, jak powinna wyglądać Afryka za cieśniną, która ciągle zasłonięta jest chmurami. Walcząc z tragicznym wiatrem, który niemal zwala z nóg wspinamy się na przełecze oddzielające Tarifę od Algeciras. Tam definitywnie okazuje sie że ceny promów są poza naszym zasięgiem. Jemy śniadanie pod palmami i ruszamy w jedyną drogę do Gibraltaru – drogę ekspresową dostępną dla rowerów. Jeszcze miłe dwie celniczki z nienagannym brytyjskim akcentem i jesteśmy w brytyjskiej kolonii. Na samym początku miasta zostajemy wyproszeni z rowerów przez straż miejską, kupujemy pamiątki i dużym podjazdem dojeżdżamy na koniuszek Gibraltaru – Europe Point. Ładny widok na całą zatokę, ale żeby nie było łatwo, okazuje się że tunel prowadzący na drugą stronę wyspy jest zamknięty, i aby udać się na plażę musimy objechać wyspę z powrotem. Wracamy niemal do przejścia granicznego aby się dostać na plaże, ale na jedną prowadzą schody, a na drugą jak mówi policjant: "you must have permit". Wyjeżdżamy wściekli i idziemy na plaże w LaLinea. Plaża jest nieprzyjemna, z kożuchem na wodzie i pływającymi odchodami. Ale można się przynajmniej ochłodzić pod prysznicem.Z La Linea wracamy do ekspresówki, aby dojechać nią do piekielnie drogiego campingu, na któym musimy zapłacić za cały kawałek placu, który gotów jest pomieścić dziesięcioosobową rodzinę.
Do góry

slonce Dzień 38 - 07.08.2006
poniedziałek

La Duquesa - Torre del Mar

Rano budzik nie zdołał nas obudzić. Wyjeżdżamy po 9.00, i od razu jedziemy ponoć jedną z najniebezpieczniejszych dróg w Europie autostradą przez Costa del Sol. Już niedługo po starcie Estepona, gdzie śniadanie przy Carrefourze. Mijamy największe kurorty – Marbella, Torremolinos,Malaga. Autovią jedzie się bardzo wydajnie, ale przeszkadza hałas i smród spalin. Co kilka kilometrów wjeżdżamy do centrów, gdzie dużo sygnalizacji świetlnych i dzikie tłumy. Czuliśmy się jak osioł wjeżdżający ze Shrekiem do Zasiedmiogórogrodu. Dużo hipermarketów, blisko morza (czytaj kąpiele). Rozmowa z miłym Skandynawem, który często bywa w Polsce, i chwali nam się umiejetnością zakupów w polskim sklepie obuwniczym. Gdy wyjeżdżaliśmy z tego turystycznego zagłębia i wjechaliśmy do Torre del Mar, zaczęliśmy szukać noclegu. Pierwszy camping pełen, (jedna recepcjonistka autystyczna, a druga mówiła po angielsku jedno słowo – 'full'). Na drugim campingu zażądano od nas.... legitymacji naturysty..... na szczęście następny camping był niedaleko i niedrogo. A na deser – obok rozbici byli Polacy....
Do góry

slonce Dzień 39 - 08.08.2006
wtorek

Torre del Mar - Granada

Rano już tradycyjnie udaje nam się zaspać. Pierwsze kilometry płaskie, a potem hiszpańska specjalność – czyli podjazdy wzdłuż wybrzeża klifowego. Wybrzeże jest bardzo urokliwe, więc racząc się widokami dojeżdżamy do jednego z kurortów – Salobreny, gdzie raczymy się hizpańskim specjałem – zmrożonym napojem Granizado, i wędrujemy do wody. Morze jest wreszcie czyste i z małymi falami. Teraz odbijamy na północ w kierunku Granady. Wjeżdżamy w wielokrotnie wyśnione góry Sierra Nevada.Po 16 km jest duży podjazd, a po jeszcze pięciu..... zakaz jazdy rowerem – początek drogi ekspresowej. Ale że innej drogi brak, więc ignorujemy znak i poboczem jedziemy dalej. Okazuje się to dobra decyzją, bo przejeżdżająca policja tez nas ignoruje. Przełęcz ma mieć 850 m n.p.m., i zanim na nią wjeżdżamy, to osiagamy 850 m tak z trzy razy, a ostatnie metry są zupełnie płaskie (na mapie zaznaczony ostry podjazd – pozdrawiamy kartografów z....) Z przełęczy Suspiro del Moro piękne widoki na miasto... Zjeżdżamy i uciekając przed burzą szukamy campingu. Camping "Sierra Nevada" jest niemal w centrum, jest czysty i w sumie niedrogi... Czego chcieć więcej? BILETÓW DO ALHAMBRY!!!
Do góry

slonce Dzień 40 - 09.08.2006
środa

Granada

Wstajemy o 6.30 licząc na cud nad Alhambrą. Po przyjeździe spotykamy jakieś 334 567 344,28 osób czekających w kolejce. Uznajemy, że jedynym sposobem dostania się do środka jest mało chlubne, staropolskie wepchanie się do kolejki. Stając w kolejce nagle słyszę głos: "Jola, ten facet za nami chyba chce się tutaj wepchnąć" Ucieszony przedstawiłem się, i w ten sposób całkiem legalnie stalismy się posiadaczami najbardziej pożądanego kawałka papieru w promieniu kilku kilometrów. Z racji, że bilety sprzedano nam na jednym blankiecie, to w polskim towarzystwie spędzamy pół dnia w Alhambrze. Wrażeń z misternych arabskich pałaców i ogrodów nie sposób opisać...to trzeba zobaczyć... Po powrocie ulubiona nasza czynność – byczenie się :-)
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 41 - 10.08.2006
czwartek

Granada - Veleta

Dziś wspomnienie św. Wawrzyńca męczennika. Z tą myslą ruszyliśmy na podbój "Carretera mas alta de Europa". Zaczynamy z pełnymi sakwami, 8 litrami wody, czekoladami, ciastkami i innym prowiantem. Na początku jazda tragiczna, główna droga z dużym ruchem, ciężka jest myśl, że dopiero zaczynamy, a tu jeszcze tyle przed nami. Jedzie się dość ciężko, ale jakoś dojeżdżamy do ośrodka informacji turystycznej na wysokosci 1600 m npm. Tam spotykamy Polaków, którzy mają cel na dziś taki sam jak nasz- szczyt Velety, tyle że pieszo z parkingu na wysokości 2500 m npm, dokąd planują dojechać samochodem. Dowiadujemy się też zże podjazd jest kilka kilometrów krótszy niż sądziliśmy. Serpentynami wspinamy się na grzbiet, a szczytu wciąż nie widać. Zatrzymujemy się na odpoczynek co 4 km, ale już wchodzimy w rytm podjazdu i jest lepiej.Wyżej równiez nie ma takiego słońca. Na wysokości 2500 metrów parking i mały bazar, a także szlaban dla samochodów. Kupujemy brakującą wodę (za 1,5 euro) rozmawiamy chwilę ze sprzedawcą i ruszamy dalej. Asfalt jest już gorszy, i droga zaczyna się robić coraz bardziej stroma, choć i tak spodziewaliśmy się gorszej nawierzchni. Stromo, wąskie serpentyny niemal wyrwane w skałach, ale również niesamowite widoki na kilkadziesiąt kilometrów. W końcu docieramy do rozwidlenia: na szczyt i do Capileiry. Asfalt pod sam koniec zmienia się w szuter,a na końcu skały. Nasze rowery zatrzymują się na wysokości okoóo 3480 metrów i to jest najwyższe miejsce gdzie mogły wjechać asfaltem w Europie. Na sam szczyt prowadzi ścieżka – kilkanaście metrów. Jest 19.00 - 11 godzin podjazdu. Siadamy na szczycie i kontemplujemy, ale że jest późno musimy się zbierać na nocleg. Co ciekawe pod szczytem wieje, a na samym szczycie nie.... Zjeżdżamy do Refugio na wysokości 3200 m, czyli samoobsługowego schroniska,gdzie spimy w międzynarodowym towarzystwie – czworo Polaków, dwoje Holendrów – sakwiarzy, i dwójka Hiszpanów. Rozmowy nie mają końca..., hiszpanie opowiadają o sekretach powstawania hiszpańskiej szynki jamones.... cudowny wieczór, trzeci cel zdobyty – możemy jechać do domu...
Do góry

Musisz uaktualnić Flash Player'a

slonce Dzień 42 - 11.08.2006
piątek

Veleta - Baza

Wstajemy o 7 razem z wszystkimi atakującymi Mulhacen. Najpierw wychodzą Hiszpanie, potem nasi Rodacy, potem my, a zostają Holendrzy. Zjazd jest boski, ale zimny. Na dole jest już upał, jesteśmy tam o 10.00. Po drodze rozbieramy się do krótkich rękawków. Ruszamy w drogę, któej nie dość że nie ma na mapie, to jescze jej istnienie wzbudzało kontrowersje w informacji turystycznej – mieliśmy sprzeczne informacje co do jej istnienia. Z taka lekką niepewwością ruszamy, ale odwagi dodają nam tłumy rowerzystów. Śniadanie - przy drodze kilka drzewek, ławeczki więc się z radością zatrzymujemy. Po zjedzeniu muesli, gdy kończymy zachwycać się mlekiem o smaku truskawkowym za 75 eurocentów/l podchodzi do nas starsza kobieta z twarzą mordercy i trampkami na nogach i sączy przez usta słowo- wytrych w hiszpanii – "privado". Obawiając się rozszarpania wynosimy się czym prędzej. No cóż, przecież od siedzenia na pewno te ławki nieodwracalnie się uszkodziły... Ruszamy dalej. Droga okazuje się byc cudownie położona, z asfaltem o charakterze dywaniku. Oczywiście brak oznakowań na drodze powoduje że w jednym z miast się gubimy, ale po perturbacjach dojeżdżamy do La Pezy. Tam odpoczywamy przy studni, która sądząc po częstotliwości czerpania wody przez mieszkańców stanowiła jedyne źródło w promieniu 30 mil. Dalej podziwiamy opisywane w przewodniku domy w jaskniach.90% domów wykonywana jest w postaci przedniej ściany przylepionej do skały, a cała reszta jest wydrapywana w skale. Po prostu Hobbiton i Flinstonowie. Zjeżdżamy do Guadixu. Tam na postoju okazuje się, ze bagażnik Tomka złamał się, a na dodatek ułamał mocowanie. Myślimy że to juz koniec wyprawy. O ile sam bagażnik da się spiąć obejmą, to rama....rozpacz. Sprawdzamy pociągi. Tomek w ramach desperacji szuka sklepu rowerowego. Tam mechanik z wesołą miną mówi : no problem, i wyciąga zza lady.... spawarkę..... W 20 minut mamy naprawiony rower, a na dodatek sprzedawca nie chce od nas żadnych pieniędzy!!!! Zapytany o autostrady tłumaczy że wszyscy tutaj jeżdża rowerami po ekspresówkach....Jeśli mamy sie nie przejmować, to się nie przejmujemy, i zajeżdżamy do Bazy. A tam oczywiście żadnego campingu, jedynie hostal. Nie mając ochoty na wydatki zanjdujemy przystanek za wsią i śpimy....
Do góry

slonce Dzień 43 - 12.08.2006
sobota

Baza - Calasparra

Sen na zmianę nie daje szans na zbyt wiele odpoczynku. Wyjeżdżamy o 6.00, i godzine jedziemy po ciemku do następnej wsi. Wraz ze wschodem słońca jemy tam pierwsze drugie i trzecie śniadanie. Cały czas jest zimno, więc rękawiczki idą w ruch. Grudzień. Powoli w czasie drogi zaczyna się ocieplać i do 12.00 już mamy z powrotem sierpień. Droga jest męcząca, poruszamy się przez krainę z wyżłobionymi wąwozami w skale podobnej do Lessu, więc co chwila zjeżdżamy w wąwóz w poprzek drogi i równie szybko z niego wyjeżdżamy. W Huescarze znajdujemy sklep, i jakiś miejscowy przedsiębiorca zachwala nam swój sklep pensjonat rowerowy. Druga część dnia po wjechaniu do Murcji to jeden wielki zjaaaaazd aż do Calasparry, gdzie znajdujemy przyzwoity nocleg na gospodarza(!!!)
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 44 - 13.08.2006
niedziela

Calasparra - Yecla

Najkrótszy dzień. Rano znajdujemy kościół, Jakaś Hiszpanka wita nas po polsku, oczywiście miła pogawędka. Z Calasparry wyjeżdzamy drogą nie stromą nie płaską lecz w sam raz i jedziemy aż do Yecli. Po drodze zagłębie owocowe – brzoskwienie, winogrona, gruszki, śliwki, zatem kończy się to szukaniem toalety. W Yecli dzwonimy do znajomego z Hospitality Club – Marciala, ale każe nam czekać jeszcze godzinę gdyż nie ma go w mieście. Przyjeżdża po nas na skuterze. W domu wrzuca do pralki nasze ciuchy, pokazuje pokoje i zaprasza na kolację z pyszną sałatką z owoców morza. Potem jeszce tylko sprawdzenie poczty, i seeen.
Do góry

slonce Dzień 45 - 14.08.2006
poniedziałek

Yecla

Nie da się opisać jak przyjemnie się odpoczywa bez roweru na wyprawie. A jeśłi dzieje się to w domu fantastycznego Hiszpana, to należy tę wartość podnieść do kwadratu. Najpierw sen, potem mega śniadanie, potem byczenie. O 14 zostaliśmy zaproszeni na paellę - narodową potrawę z ryżu i wielu innych składników. Po obiedzie sjesta i sen, a o 19.00 spacer po mieście z wejściem do bazyliki i wspinaczką na górujący nad miastem zamek. Po powrocie kolacja, i pakowanie się z przerwą na ciastka lody i kawę. Atmosfera jest tak cudowna, że aż nie da się jej opisać.
Do góry

slonce Dzień 46 - 15.08.2006
wtorek

Yecla - Plaża :-)

Z Yecli wyjeżdżamy na dopalczach pilotowani do rogatek miasta przez Marciala na skuterze. Kanapki przygotowane przez niego jemy dopiero na 60 i 116 km. Cały czas droga prowadzi w dół, ale miejscami robi z nas idiotów, musimy zrobić niemal kółko, aby trafić na właściwą trasę (znów N-340). Następnie zjeżdżając do Xativy i nad morze, podjeżdżamy 6 km. Potem już jest płasko aż do Walencji, najpierw przez niekończące się sady pomarańczowe, a potem przez niekończące się przedmieścia. Na sam koniec musimy przejechać 6 km płatną autostradą :-) W centrum jesteśmy o 19.00 więc nie ma czasu na zwiedzanie :-/, szybko wyciągamy potrzebne informacje o pociągach i ruszamy szukać noclegu. Walencja obdarzyła nas prezentem w postaci najprostszego wyjazdu z miasta. Noc decydujemy się spędzić na plaży opodal krzaczka.
Do góry

slonce Dzień 47 - 16.08.2006
środa

Plaża - Vinaros

Co tu dużo mówić – ostatni dzień na rowerach. Motywacja do jazdy zatem żadna, tym bardziej że droga nieciekawa, przeplatana ekspresówkami, autopistami itp. W ramach relaksu zjeżdżamy do Alcampo (hiszpański Auchan) i jemy olbrzymie lody. W międzyczasie włąściwa droga nam ucieka i nadrabiamy kilka kilometrów szukając właściwej. Za to obiecujemy sobie parę godzin kąpieli w kurorcie Orpesa del Mar. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Woda fantastyczna, przy olbrzymich falach bawimy się jak dzieci. Niestyety pojawia się "bandera roja" czyli czerwona flaga, która wygania nas z wody. Po relaksie jeszcze jeden podjazd, i melinujemy się na dworcu kolejowym w Vinaros, gdzie koczy się rowerowa część wyprawy.
Do góry

slonce Dzień 48 - 17.08.2006
czwartek

Vinaros - Barcelona

Noc jakich mało.... około 1.00 na dworzec przychodzi stado miejscowych w celach słonecznikowo-alkoholowych. Zmyliśmy się więc po angielsku w stronę miasta. Szukaliśmy z 20 minut, znaleźliśmy kawałek plaży, niestety okazała się niewystarczjąco komfortowa - nawet zupełnie nie. Jedziemy dalej, naszą uwagę zwraca cofający samochód, dzięki któremu znajdujemy fajne skałki na klifie. Kładziemy się na skałach i drzemiemy. W międzyczasie dwa razy jakiś samochód chciał się zatrzymać przy skałach, ale tracił ochotę widząc nas. Koło 4.00 przyszedł a właściwie przyczłapał z wrzaskiem na ustach jakiś Hiszpan o nieodgadnionej wymowie. Chyba krzyczał z rozpaczy. Siadł na skraju urwiska i darł się w morze, chyba przez łzy, czasem poklaskując. Jednak nie miał zamiaru rzucać się w morze, po 20 minutowym seansie jodowym wstał i poczłapał z powrotem. A my leżąc pod śpiworem na skale staraliśmy się drzemać, czasem się udawało. O 6.00 jedziemy na dworzec, kupujemy bilety i pakujemy się do pociągu. Początkowo wypas, potem ludzie zasypują pociąg. Kończy się na tym, że nawet Polak zrozumiałby aluzję, że rowery zajmują 2 /słownie dwa/ miejsca. Zjeżdżamy do Barcelony i jedziemy dwie stacje dalej, niż upoważnia nas bilet. Potem jedziemy na plac Catalunya zasięgnąć tony informacji. Po zasięgnięciu 20 deko informacji jedziemy na camping. Znajdował się on 14 km od centrum, a my szukając go po wszystkich ekspresówkach przejeżdżamy niemal z 30, oglądając wszystkie remonty dróg i okoliczne wioski znajdujące się w promeniu 10 km od centro. No ale znajdujemy camping, recepcjonistka wita każdego przybysza powitaniem w jego ojczystym języku. Jemy obiad i wracamy zwiedzać. (Sagrada Familia,Casa Battlo, Fira de Montjuic itp). Naturalnie najdokładniej zwiedziliśmy metro. Jesteśmy na campingu o 22.00 i idziemy spać słuchając odlatujących co 5 minut samolotów z pobliskiego lotniska...
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 49 - 18.08.2006
piątek

Barcelona - Girona

Rano wstajemy o 8... w końcu ostatni dzień... kolejny ostatni dzień.... Jemy musli z hiszpańską specjalnością - horchatą, składamy się jedziemy do Barcelony, droga okazało sie ze jest w miarę prosta, przynajmniej będziemy wiedzieli na drugi raz :-) Wjeżdżamy do miasta, skręcamy w kierunku Camp Nou... ale oczywiście co? remont... objeżdżamy i docieramy na miejsce. gdy stoimy , do bramy podjeżdża Frank Rijkaard, macha grupie fanów i przy wrzasku w/w wjeżdża na teren klubu. My wchodzimy do muzeum, i trzy razy podniecamy się nad pucharem LM, dopiero trzeci pokazany był z 2006 roku.Oczywiście dzikie tłumy, każdy dba o swoje 4 litery i nie idzie zrobić zdjęcia. Potem idziemy na stadion i bierzemy udział w Camp Nou Tour, czyli łazimy po całym stadionie. Wypas stadion, godny swego klubu. Wychodzimy i rozmawiamy chwilę z Panią, któa uprzejmie twierdzi że nasze rowery nie mogą stać w miejscu gdzie stoją od dwóch godzin. Posłuchaliśmy jej więc i w trwodze czym prędzej zabraliśmy je stamtąd. Potem Barca miała trening, ale że nie poznaliśmy żadnego piłkarza, pojechaliśmy coś zjeść. Potem zajrzeliśmy do kilku sklepów po kartony. Znaleźliśmy, umówilismy się na odbiór wieczorem, i pojechaliśmy do Parku Monjuic i do miasteczka olimpijskiego, potem do portu i na plażę. O 18 odebraliśmy kartony, i jak je dostaliśmy to zrozumieliśmy czemu rowery wozi się w kartonach a nie na odwrót. Po odstawieniu cyrków dotarliśmy na dworzec, gdzie cyrków ciąg dalszy, nerwy, mało informacji, nie wiadomo z którego peronu pociąg, będzie wiadomo 3 minuty przed odjazdem, rower nie mieści się przez bramkę i nie chce zjechać ruchomymi schodami, gdzie jest winda, jest winda, rowery się nie mieszczą do windy, jedziemy pojedyńczo, tłum na peronie, podjeżdża pociąg, na szczęście długi, drzwi się zatrzaskują.... uffff... jesteśmy w środku. Zajmując połowę przejścia dojeżdżamy do stacji przy lotnisku. Z doczepionymi pudłami wyglądamy i czujemy się jakby z żaglem. Jedziemy na lotnisko w stylu Finn.
Do góry

Aby zobaczyć film, musisz zainstalować Adober Flash Player

slonce Dzień 50 - 19.08.2006
sobota

Girona - Pyrzowice - DG

Noc spędzamy jak wielu pasażerów na ławkach, spakowawszy wcześniej rowery do pudeł. Rano oczekiwanie...... na szczęście uprzejmy pracownik lotniska widząc nasze toboły- w sumie 8 sztuk odprawia nas przed wszystkimi, poza kolejką, i "nie zauważa" 5 kg nadbagażu. Za resztki euro kupujemy słodycze w strefie wolnocłowej, i czekamy na samolot, który się nieco spóźnia. Oczywiście jak to samolot do Polski, Polacy muszą robić wiochę jakby miało zabraknąć miejsc w samolocie. 2 godziny lotu, i jesteśmy w Pyrzowicach, skąd zostajemy zabrani przez tatę Tomka Transitem jak to zwykle już bywa.... koniec...
Do góry

English version english version

kolarstwo Nasze wyprawy są zamieszczone w Kalendarzu Wypraw Rowerowych XXI wieku Konkurs WWW - www.forumweb.pl :: 1 MIEJSCE (2008.02)

.:Odwiedzone kraje:.

.:Wspiera nas:.

sakwy crosso
Wyprawy Rowerowe STREFA WYPRAW ROWEROWYCH Nowoczesne przeglądarki Nakarm głodne dziecko