wykres slonce Dzień 1 - 16.07.2007
poniedziałek

Poronin - Hranovnica

Pierwszym zaskoczeniem wyprawy był pociąg. Osobowy. Zmodernizowany. Z miejscem na rowery. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że są w Polsce takie pociągi. Drugi pociąg nam też się udał. Dopiero ten w którym dosiadaliśmy się do Łukasza był taki.. polski :) cała podróż na stojąco w tłoku, w mającym zaniki napięcia pociągu, lecz z widokiem na Tatry:) Wysiedliśmy w Poroninie, by rozpocząć rowerową część wyprawy, było trochę tłoczno na drogach, ale generalnie bez żadnych problemów wyjechaliśmy z Polski, podjeżdżając w między czasie pod Głodówkę i sycąc się widokami gór. Podróż po słowackiej stronie (po prawej Tatry, po lewej przełęcz itp.), nie zapowiadała nic nadzwyczajnego. Niestety spotkało nas to czego bałem się prawie najbardziej na tej wyprawie. Jadąc przez złamane wichurą lasy w kierunku Kieżmarku ujrzeliśmy osiedle zniszczone domy oraz dzieci przy drodze. Wszyscy ludzie mieli dziwnie znajomo ciemną karnację. Dzieciaki wyciągając ręce pytały „Macie cukierki?” i w momencie kiedy uświadomiły sobie, że nie zamierzamy się zatrzymać zaczęły rzucać w nas kamieniami. Wyjechaliśmy bezpiecznie z wioski, ale ślad w psychice został. Jakby na poprzedniej wyprawie było mało. Zatrzymaliśmy się przy Kieżmarskim TESCO, aby uzupełnić zapasy. Siedzieliśmy tam z godzinę myśląc jakby skrócić trasę, żeby za dwie godziny być w domu. Na szczęście ciężkie chwile odeszły, lecz myśli o naszych cygańskich przyjaciołach nie opuszczały nas do końca dnia. Przejechaliśmy ekspresowym tempem przez Poprad, i niewielkimi podjazdami dojechaliśmy do miejsca planowanego noclegu. Łukasz został jak to zwykle zaproszony do tzw. „innego miejsca niż moje pole”, po czym stamtąd przegoniony. Jeździliśmy trochę, aż wreszcie Tomek wypatrzył sympatycznie wyglądającego pana, dosłownie i w przenośni, bo „wyglądał” znad płotu:) Pan wykombinował, że udostępni nam „druhie zahradku” czyli jak gdyby sad na przeciwko ich domu, z furtką i dostępem do rzeki. Znaleźliśmy Łukasza, który się z nami „rozdzielił”, nabraliśmy wody z tysiąc metrowej studni, zrobiliśmy sobie jeść, umyliśmy się nad rzeką i z zachowaniem wszelkich zabezpieczeń poszliśmy spać. W nocy było tak gorąco, że o północy musiałem wyjść z namiotu, żeby wysuszyć pidżamę.
Do góry

wykres deszcz_i_slonce Dzień 2 - 17.07.2007
wtorek

Hranovnica - Dlha Ves

Poranek zaczęliśmy od wyżymania karimat z potu :) Ze względu na brak bagażnika tylnego, sakw i worka, moje skarpetki suszyły się na rogach :) Postanawiamy poranek przejechać bez koszulek, nieświadomi tego, że opalenizny na plecach i tak nie będzie:) Droga przyjemnie prowadzi doliną, by po kilku kilometrach stanąć na chwilę dęba, za to jesteśmy nagradzani widokami na Kralovą Holę. Dwie większe przełęcze, kilka przyjemnych zjazdów. Wyjeżdżamy z Niżnych Tatr, mijamy Murań. Pod koniec dnia wjeżdżamy na obszar Gemeru a droga prowadzi w dół i w górę na małych odcinkach. Za Plesivcem musimy się jeszcze wspiąć na płaskowyż Słowackiego Krasu, i dojeżdżamy do małej mieścinki, tzn. długiej wioski (Dlha Ves). Czuć już Węgrami, bo napisy w całej wsi są dwujęzyczne. Nocleg znajduje kolejny raz Tomek. Śpimy na podwórku, dostajemy wodę bieżącą oraz dywan pod namiot :D i mnóstwo uśmiechu. A przede wszystkim słyszę po raz pierwszy w życiu węgierski na żywo. Nocleg generalnie byłvery international– w kontaktach wykorzystano języki: słowacki, węgierski, angielski, migowy i dwa słowa po niemiecku :) Postanawiam wykorzystać dywan i śpię przed namiotem pod gołym niebem, a właściwie ubranym w ciemno granatowy płaszcz z cekinami z gwiazd. To była jedna z najpiękniejszych nocy jakie spędziłem. Trzeba się kłaść bo jutro na 9 chcemy wejść do Domicy.
Do góry

wykres slonce Dzień 3 - 18.07.2007
środa

Dlha Ves - Cerencany

Rano budzimy się razem z jednym z członków goszczącej nas rodziny, który ubrany w mundur znika w samochodzie straży granicznej. Kończymy się zbierać, gdy z balkonu uśmiecha się do nas niewiasta, która wczoraj zagadywała do nas po angielsku. Rozmawiamy chwilkę, żegna się z nami i udajemy się w kierunku Domicy. Przy wejściu nie zastajemy nikogo prócz pracowników budowlanych. Wszędzie jakiś wieczny remont:) O 8.45 otwierają wejście do budynku, a my jesteśmy w trójkę, i w trójkę wyczytaliśmy z tablicy, że musi być przynajmniej czteroosobowa grupa. Pozostaje czekać, albo te piętnaście minut, albo godzinę i piętnaście minut, albo sklonować jednego z nas. Najlepiej Tomka, bo jednego Łukasza albo Marka więcej świat by nie zniósł. Jednak obchodzimy się bez klonowania i czekania na następne wejście. Wchodzimy w grupie 10 osób. Sympatyczny przewodnik, płci męskiej niestety, główne nazwy tłumaczy nam na polski, po tym jak zaczynamy komentować po polsku co się dzieje. Wychodzimy niezaspokojeni i obieramy kierunek Magyarorszag. (Nareszcie zaczyna się coś fajnego:P) dojeżdżamy do granicy, celnik okazuje się być tym panem w mundurze z którym wstaliśmy, więc pokazujemy tylko, że mamy paszporty i przekraczamy granice. Oczywiście nie omieszkałem sobie zrobić sesji z tablicami:) Moim podstawowym celem było zrobienie zakupów na Węgrzech, co było dość utrudnione z powodu braku forintów :D. Jako że jedziemy przez małe miejscowości, plany zapłacenia kartą spełzają na niczym (to prawie jak u nas) Robimy sobie przerwę na jedzenie na przystanku. Zza przystanku trzech młodziutkich Węgrów przez patyki liście i kamień rzucane w naszym kierunku usiłują nam powiedzieć, żebyśmy jechali. Ale nic bardziej mylnego, jednak nie rozumiem Węgrów, gdy już powoli zbieraliśmy się żeby odjechać, przyjaźnie pozdrowili nas kulkami z rzepów, a z daleka żegnali nas rozpaczliwym: „KOMON!” <ang. Wracajcie>. Po kilkunastu kilometrach w upale chęć zrobienia zakupów zmieniła się w konieczność zdobycia picia, więc postanawiamy odbić 4 km na południe do większego miasta Putnok, gdzie robię zakupy w sklepie w którym można płacić kartą. Przyjazny Węgier zagaduje do nas pod sklepem:) i ruszamy z powrotem na trasę. Przejeżdżamy przez Węgry gorąco jak w popołudniowym 831, odczuwalna temperatura w słońcu wynosiła pewnie koło 50 stopni. Kilka postojów w cieniu i wracamy na Słowację. W Rimavskiej Sobocie zatrzymujemy się na stacji benzynowej, szalejemy i kupujemy dwulitrową zmrożoną PEPSI, która znika w mgnieniu oka. Dosiada się do nas, nie kto inny jak młody przedstawiciel narodowości cygańskiej, ale wbrew uprzedzeniom rozmowa jest całkiem sympatyczna. W jego oczach widać podziw, przedstawia nas swoim znajomym. Chciał także porozumieć się z nami po włosku, lecz my nie wykształceni prości Polacy, nie posługujemy się tym językiem na tyle, aby umożliwić komunikację. Przed nami duże miasto, a wokół niego pusto. Pora noclegowa, więc postanawiamy odjechać kilka kilometrów w przeciwną stronę, co jak się okazało było idealnym pomysłem. Nie kto inny jak Tomek, zaczął rozmawiać z gospodynią domu przy trasie, która właśnie chciała sobie nabrać wody ze studni. Marek pesymistycznie nastawiony, jak się okazuje potem bardzo niesłusznie, aż żałował tego co myślał:) Otrzymujemy duży kawałek pola tradycyjnie po drugiej stronie ulicy. Gospodyni jest przesympatyczna. Otrzymujemy 6 ogórków, wodę z syropem ręcznie robionym:) dostajemy pozwolenie na zerwanie papryki. Nasze rowerki chowamy do maleńkiej szopy. Ja postanawiam spać znów przed namiotem. Z niewyjaśnionych jednak przyczyn spanie na dworze jest dość uciążliwe, sen więc kontynuujemy wewnątrz w trójkę ale za to w otwartym namiocie.
Do góry

wykres slonce Dzień 4 - 19.07.2007
czwartek

Cerencany - Koniaków

Rano gospodyni utwierdza nas w przekonaniu, że to był nasz najlepszy nocleg, otrzymujemy kukurydze gotowaną w kolbach, kolejne ogórki na drogę, i dużo wody. Jeszcze między czasie robimy sobie zdjęcie z Gospodynią, bierzemy adres i obiecujemy wysłać zdjęcia. Na koniec otrzymujemy błogosławieństwo, buziaki i uściski i z zaproszeniem na za rok ruszamy do Lucenca. Kilka przyjemnych zjazdów i podjazdów, atmosfera ze względu na upał i ukształtowanie terenu przypomina nieco Hiszpanię :) W Lucencu na dworcu PKP, tfu,Slovenskiej Zeleznickiej Spolocnostikasjerka dopiero za drugim podejściem decyduje się nam wypisać całodniowy bilet na rowery, który kosztuje nas dwukrotnie mniej niż jej pierwsza propozycja. Na peronie okazuje się, że rowery trzeba podnieść do wagonu bagażowego tak ponad metr, a że my jesteśmy na kukurydzy od Gospodyni, dajemy radę raz dwa. Potem już szło gładko. Przesiadamy się w Zwoleniu, gdzie postój umila nam najpierw solidny obiad w restauracji za śmieszną sumę 85 koron za osobę, a potem obserwacji godowych zwyczajów gołębi. W kolejnym pociągu z powodu braku wagonu bagażowego zmuszeni byliśmy ustawić rowery w przejściu, więc na każdej stacji byliśmy zmuszeni podnieść rowery, żeby umożliwić przejście. Na szczęście pociąg był bardzo pospieszny :) to była najpiękniejsza trasa kolejowa jaką widziałem. Mnóstwo tuneli (w tym najdłuższy na Słowacji, bo prawie 5 kilometrowy), góry, góry i jeszcze raz góry. Tam trzeba się po prostu przejechać. W ostatnim pociągu z Ziliny bagażówka już jest, więc siedzimy sobie spokojnie:) dojeżdżamy do polskiej granicy, konduktor żartowniś, który powiedział, że nie ma żadnych rowerów w bagażówce, poprawia nam humor do końca dnia. Ten jego uśmiech po tym jak to powiedział zapamiętam do końca życia. Przechodzimy granicę w Zwardoniu i chwile potem zaczynają się znajome już widoki. Dojeżdżamy do Koniakowa, do naszego domku - nocleg bardzo przyjemny, w końcu u siebie. Rano mają nas obudzić Marta i Tomek ze znajomymi. Ciekawe czy im się uda.
Do góry

wykres slonce Dzień 5 - 20.07.2007
piatek

Koniaków - Dąbrowa Górnicza

Przyjechali idealnie przed czasem. Ale usłyszeliśmy ich i wyszliśmy zanim zdążyli nawet krzyknąć „POBUDKA!!”;D jeden zero dla nas:D pomagamy im się rozpakować, jemy śniadanie, żegnamy się i jedziemy do domu. Ostatnią, znaną już trasę, pokonuje się znacznie łatwiej. Po drodze chcemy się zatrzymać przy brzegu Wisły, żeby się ochłodzić, znaczy oni chcą. Ale ja jak zwykle nie miałem racji, bo był to jeden z najprzyjemniejszych postojów. Ochłodziliśmy się, pobawiliśmy, zrobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy dalej. Dziwnym trafem mieliśmy jakieś chody u góry, bo na odcinku między Wisłą a Skoczowem trafiliśmy na dokładnie jedną kaskadę na Wiśle, na której nie było w ogóle ludzi... Po drodze namierza nas Tata przez sieć GSM, proponując wzięcie sakw i worków, znanym już skądinąd Transitem. „Tylko głupi odmawia kiedy mądry prosi”, więc od Tychów jechaliśmy bez obciążenia. Co się dało poznać po czasie w jakim pokonaliśmy ten dystans. Jechało się świetnie. Trochę pod koniec postraszyła nas burza, która podkręca jeszcze naszą prędkość. Dojeżdżamy pod blok, gdzie czeka na nas, najbardziej pożądany przeze mnie obraz od ostatnich dni. MAMA:) mała sesja zdjęciowa, opróżnienie transita i oficjalne zakończenie wyprawy.
Do góry

English version english version

kolarstwo Nasze wyprawy są zamieszczone w Kalendarzu Wypraw Rowerowych XXI wieku Konkurs WWW - www.forumweb.pl :: 1 MIEJSCE (2008.02)

.:Odwiedzone kraje:.

.:Wspiera nas:.

sakwy crosso
Wyprawy Rowerowe STREFA WYPRAW ROWEROWYCH Nowoczesne przeglądarki Nakarm głodne dziecko