

Dzień 1 - 20.07.2008
niedziela
Dąbrowa Górnicza - Dolni Sklenov
Wyjeżdżamy dopiero o 10.00, i jak na złość po przejechaniu kilkuset metrów Markowi zaczyna strzelać w przednim kole, które odebraliśmy dopiero co z serwisu. Decydujemy się jednak na dalszą jazdę, i ewentualny zakup jutro w Czechach nowego. Do Kobióra droga znana aż za dobrze, więc jedziemy szybko i bez problemów. Za Kobiórem wjeżdżamy w las. Początkowo jedzie się nadspodziewanie dobrze, kilka kilometrów po bardzo wygodnej ścieżce, niestety po postoju wjeżdżamy na teren rezerwatu o uroczej nazwie „Babczyna Dolina”, i w tymże nasza ścieżka niemal się kończy, tak ze kilkaset metrów musimy prowadzić rowery przez jakieś bagna. Z leśnych ostępów wyprowadza nas dopiero jakiś autochton zaintrygowany naszymi obładowanymi rowerami. Po wyjeździe z lasów znów jedziemy pagórkowatą krainą do Cieszyna, gdzie robimy dłuższą przerwę obiadowo- deserową, połączoną z ostatnią komunikacją z rodziną za normalne pieniądze. Przy moście Wolności spotykamy z dwojgiem sakwiarzy, którzy wybierają się do Wiednia, i już szukają noclegu, my natomiast mamy przed sobą jeszcze jakieś 40 km. Na dalszej trasie czeka nas miła niespodzianka - nasza główna droga jest niemal pusta, bo cały ruch kierowany jest na równoległą autostradę, której na naszej mapie jeszcze nie było. Niestety podjazdów jest dużo. Nocleg znajdujemy na bardzo komfortowej łące naprzeciwko zabudowań w spokojnej okolicy. Do góry


Dzień 2 - 21.07.2008
poniedziałek
Dolni Sklenov - Svatoborice-Mistrin
Dzień obudził nas deszczem, co nie było zaskoczeniem bo w nocy łomotało o namiot. Skutek tego był taki, że zamiast o 7 wyjechaliśmy o 9. Tak padało, że nie mogliśmy wyjść z namiotu, dobrze że wcześniej ręczniki zdjęliśmy i wsadziliśmy do środka bo nieźle by się wysuszyły. Mimo przeciwności losu wyjechaliśmy mając pod ręką żółte peleryny - i dobrze bo się przydały. W końcu, w połowie dnia wyjechaliśmy spod chmur deszczowych i przywitaliśmy słońce. Poprawiło nam to nastrój i zdecydowanie miało znaczenie przy zwiedzaniu Kromeriża - jego jasna starówka robiła wrażenie. Obejrzeliśmy z zewnątrz zamek w tymże (UNESCO). Mieliśmy dziś do przejechania 140 km, a spóźnienie poranne, ciągłe górki, podjazdy i zjazdy (typowoczeskie) sprawiły, że zabrakło nam 4 km do celu. Bardzo nużący dzień - krótkie zjazdy i zaraz podjazdy - krajobraz nie sprzyjał dziś pędzeniu na rowerze. Wszystko dobrze się skończyło, jakimś cudem. Gdy po godzinie szukania miejsca na rozbicie namiotu i straceniu nadziei staliśmy obok jakiegoś domu zastanawiając się nad swoim losem, podjechało doń dwoje ludzi, którzy pozwolili nam rozbić się na polu za domem, a ponadto. Dostaliśmy rohliki i domowej roboty dżem z rybiżu, czyli czarnej porzeczki. Do góry


Dzień 3 - 22.07.2008
wtorek
Svatoborice-Mistrin - Rohrendorf
Poranek przywitał nas paraliżującym chłodem, który sprawiał, że nijak nam się chciało wyjść z ogrzewanego nami namiotu. Ale wyjście zajęło mniej czasu niż wczoraj, więc już krótko po szóstej Marek wyszedł by zagrzać wodę na herbatę i przy okazji ogrzać ogniem z kuchenki okolice namiotu:) To oraz kilka innych czynników (m. in. Słońce) spowodowało wyjazd ok. 8.15, czyli nie najgorzej. Świadomość tego, że mamy przejechać dziś 150 km zmniejszała nasze morale. Prawie cały czas trzeba było się spieszyć, a rzeźba terenu skutecznie w tym przeszkadzała. Do góry na 300 i w dół na 50 m n.p.m.. Przekroczenie granicy czesko- austriackiej tego nie zmieniło, a wręcz dołożyło jeden irytujący element jakim był wmordewind. Wyżej wymieniony sprawiał również, że na zjazdach trzeba było nieźle się napedałować żeby jechać 20 km/h. Potem już zaczęliśmy intensywnie myśleć o tym, jaka będzie konsekwencja tego, że u umówionych znajomych do których jechaliśmy mieliśmy przybyć na następny dzień (błąd w dodawaniu w zakresie 10). Ostatkami sił dojechaliśmy do miasta docelowego i poczekawszy całe 4 minuty pod furtką zostaliśmy przywitani niezwykle przyjemnym widokiem uśmiechu gospodyni :) Konsekwencje pomyłki nie były duże. (Według mnie one generalnie po prostu nie były :D). Kolacja była „skromna”, ponieważ „tomorrow we will going to the shopping for you”:) Oczywiście można się domyśleć jaka to była skromność :D Sytuacja „zmusza” do pozostania na jeden dzień u Gospodarzy, ale nam to za specjalnie nie przeszkadza:) a nawet jest na rękę, gdyż jutro okaże się że cały dzień padał deszcz. Do góry
Dzień 4 - 23.07.2008
środa
Rohrendorf
Rano długo śpimy, bo za oknem leje, a gdy już wstaniemy czeka nas wielkie śniadanie. Następnie nasi gospodarze zabierają nas na wycieczkę do opactwa Gottweig położonego na przeciwległym brzegu Dunaju na wysokim wzgórzu. Z tarasu widokowego rozciąga się rozległy widok na zamgloną dolinę Dunaju. Niestety nie mamy możliwości poczekać na zwiedzanie z przewodnikiem, i ruszamy z powrotem. Dalsza część dnia mija bardzo przyjemnie na rozmowach, oglądaniu zdjęć pysznym jedzeniu i korzystaniu z internetu. Do góry


Dzień 5 - 24.07.2008
czwartek
Rohrendorf - Waidhofen an der Ybbs
Z takich miejsc jak dziś wyjeżdża się naprawdę ciężko. Z ciężkim sercem, i z zapasami na drogę ruszamy. Na szczęście mimo nisko wiszących chmur nie pada deszcz, co nas napawa optymizmem. Pierwsze 40 km to rajd przez miasteczka w dolinie Dunaju Najsłynniejszą Ze Ścieżek Rowerowych, pomiędzy winnicami w lekkiej mgiełce. Jak w bajce ;) Na dojeździe do Melku trochę nerwowa końcówka, gubimy drogę, radweg trochę kluczy i przez chwilę nie możemy znaleźć właściwej. Koniec końców jednak dojeżdżamy i pobieżnie zwiedzamy ogromne opactwo w Melk, z daleka widoczne dzięki kolorowym murom. Przy okazji delektujemy się kanapkami od naszej pani gospodyni. Niestety pogoda się psuje, i aż do Ybbs jedziemy w mżawce,potem deszczu, ulewie, i znów w deszczu, a potem dla odmiany w mżawce. W Ybbs druga część serialu pt. „Gdzie jest nasz radweg?” (usiłujemy znaleźć początek Ybbstalweg), ale idąc za tzw. nosem po paru kilometrach znajdujemy właściwą drogę. Niestety ścieżka kluczy, decydujemy się więc dalej jechać za nosem, gdyż jest już późno. Im dalej od Dunaju tym pogoda robi się coraz gorsza, więc ekspresowo przejeżdżamy przez Ammstetten prowadzeni przez GPS, a następnie bocznymi dróżkami jedziemy do Waidhofen. W jednym z przysiółków gospodarz na pytanie o miejsce pod namiot zaprasza nas do środka, potem na kolację, nasze ciuchy wrzuca do pralki, i prowadzi nas do naszego pokoju... Z przemiłymi gospodarzami i ich dziećmi rozmawiamy dłuższą chwilę, a potem zmęczeni całym dniem kiepskiej pogody padamy do łóżek. Do góry


Dzień 6 - 25.07.2008
piątek
Waidhofen - Tunzendorf
Dziś rano obudził nas gospodarz o 7 wchodząc i mówiąc "Boys, time to go to the mountains". Potem zjedliśmy śniadanie i porozmawialiśmy z gospodarzami, którzy okazali się doświadczonymi rowerzystami. Wysłuchaliśmy opowieści o ich wrażeniach z wyprawy dookoła Austrii. Potem gospodarz sprezentował nam swoje, za małe na niego koszulki kolarskie. Akurat 3 więc podzieliliśmy się po równo i od razu założyliśmy. Potem już ruszyliśmy w drogę. Dzień pod znakiem deszczu i nadziei na przejaśnienie ("we will be the Sun" by M. Kawczyk). Ubraliśmy, za radą pana Franza reklamówki na buty i oprócz tego nasze zwyczajowe żółte peleryny i ruszyliśmy w deszcz. Zaraz za miastem rozpoczęły się lekkie podjazdy, potem większe, potem całkiem duże, (przy okazji zmieniamy jedną parę klocków u Marka) a w środku dnia, oczywiście w deszczu, zjechaliśmy do doliny rzeki Enns, bardzo szerokiej i malowniczej. Po drodze trafiamy na roboty drogowe na odcinku kilkuset metrów, dzięki którym stajemy się posiadaczami miliona żółtych kropek z błota na ciele i ubraniu. Łukasz jednak nie dał za wygraną i postanowił zmyć je z siebie w miejscu nie do końca do tego przeznaczonym (ba, nawet w ogóle nie przeznaczonym, a oznaczonym napisem „achtung hochewasser”, którego biedak nie zauważył lądując po osie w wodzie). W górę doliny Enns jechaliśmy dalszą część dnia dnia, choć zdawało nam się że jest z górki. Nasza ścieżka trochę kluczyła ale i tak zdołaliśmy dojechać do celu, który sobie założyliśmy. Nie dotarliśmy do końca doliny zostawiając sobie coś na następny dzień. Nocleg dostaliśmy po czesku. W namiocie i ze źródłem wody, w pewnej (dużej) odległości od domu gospodarza, nad małym jeziorkiem, przy którym stały dekoracje do jakiegoś zapewne średniowiecznego przedstawienia w postaci zamku i zabudowań. Wykąpaliśmy się i pooglądaliśmy motolotnie latające w nocy nad doliną. No i na koniec upragniony sen. Do góry


Dzień 7 - 26.07.2008
sobota
Tunzendorf - Haus
Rano, gdy się obudziliśmy nie było widać gór z powodu niskich chmur, ale coś tam gdzieś tam podobno zaczęło się podnosić i przejaśniać. Tak się podnosiło i przejaśniało, że do wyjazdu naszego pogoda się nie zmieniła. Zebraliśmy się w rekordowo długim czasie, w tym jeszcze wykorzystując pobliską scenografię do udowodnienia sobie jacy my to nie jesteśmy zabawni poprzez odegranie mizernej scenki pod tytułem „Miało być jak w spadkobiercach..”. No nic, ale mamy inne talenty, więc wyjechaliśmy. Po chwili jazdy wyżej wymienione podnoszenie i przejaśnianie wzięło się tak w garść, że mogliśmy ściągnąć koszulki i rękawiczki i kaski, aby się troszkę opalić i... aby zaraz założyć je z powrotem :D Pogoda robiła nas w przysłowiowego konia czy tam balona jak kto chce. To padało, to grzało. To grzało, to padało:) Z najwyższego punktu dzisiejszego dnia w dół sprowadził nas nieoczekiwanie przeuroczy zjazd (szkoda tylko, że w wyliczance akurat w tym czasie padło na „padało”). Potem zawitaliśmy do Lichtenstaincośtamtaincośtam (Liechtensteinklamm* – dopisek by Łukasz) by obejrzeć mini kanion z mini strumyczkiem za mini cenę :D Było to ciekawe, aczkolwiek szkoda, że akumulatorki w aparacie nam się rozładowały i pamięć na karcie uległa przepełnieniu. Po dłuższej jeździe dojechaliśmy do miejsca gdzie poczekaliśmy na mszę. O miejsce do spania w okolicy, z którą mieliśmy niezbyt dobre wspomnienia sprzed czterech lat zapytaliśmy m.in. księdza odprawiającego mszę, ale pomoc polegała niestety tylko na wysłaniu ministranta z nami aby nas zaprowadził do jakiegoś „cheap hotel”. Generalnie nietrafionych pytań o pole pod namiot było dużo, aż do ok. 21.30 , gdy to spojrzawszy w prawo, ujrzeliśmy w dole światła campingu, który potem okazał się być szkółką dla psów. Mili ludzie udostępnili nam kawałek pola, WC, umywalkę oraz prąd. Do góry


Dzień 8 - 27.07.2008
niedziela
Haus - Winklern
Rano bierzemy udział w pobijaniu rekordu Guinnessa w kategorii szybkości zbierania się z noclegu, i wyjeżdżamy już o 7.30. Sprawnie dojeżdżamy do Bruck, gdzie skręcamy w jeszcze zamgloną dolinę z Hochtorem na jej końcu. Płasko jedziemy do Fusch, a następnie mijani przez wielu rowerzystów bez sakw wspinamy się pierwszym podjazdem na trasie. W połowie podjazdu robimy jeszcze drugie śniadanie. Droga się wypłaszcza aż do bramek wjazdowych na płatny odcinek, a potem jakby stanęła dęba. Podjazd z tej strony będzie chyba wymagał jednak więcej wysiłku niż cztery lata temu z Heiligenblut. Chociaż może nie pamiętamy już jak chcieliśmy rzucać rowerami i iść dalej na piechotę ;) Wraz z kolejnymi kilometrami nachylenie wcale a wcale się nie zmienia, i droga nie daje ani chwili wytchnienia. Za to chmury się podnoszą i widoki, które się odsłaniają są naprawdę nieziemskie. Dostajemy estetyczny rewanż za 2004, kiedy to Taury były niemal w całości schowane za chmurami. Mijają kolejne postoje i kolejne kilometry, i niestety zbliża się nieubłagane... 4kilometry przed Fuscher Torl nagle ściana... Nogi z żelaza, płytki oddech, Marek i Tomek znikają z przodu, a ja zostaję z niemocą. Romantyczny spacer 1,5 km, potem dłuższy odpoczynek. Niestety Tym razem dałem za wygraną – po raz pierwszy Alpy pokazują kto tu naprawdę rządzi. Po odpoczynku na którym zdążyłem rozważyć wszystkie możliwe scenariusze ruszamy jednak dalej, i w stylu mieszanym i lekko rozpaczliwym rozpaczliwym udaje mi się dojechać do pierwszego przewyższenia na trasie jakim jest Fuscher Torl. A jeszcze wczoraj byłem pierwszy do wjeżdżania na Edelweiss – hie hie. Tam zmiana drugiej pary klocków u Marka, test mocowania kamery na kierownicy i niecałe dwa kilometry zjazdu. Dalsza część podjazdu pod właściwą przełęcz Hochtor jest już mniej stroma, więc dojeżdżamy bez większych perturbacji. Klasyczne zdjęcia i ruszamy w dół bo jest już bardzo późno. Zjazd jest świetny, chociaż pogoda nam go nieco urozmaica, najpierw kropiąc deszczem, a potem w Heiligenblut zapiekając nas słońcem. Kilka zdjęć niezwykle malowniczego kościółka z Grossglocknerem w tle, i zjeżdżamy w dół dolina aż do Winklern, gdzie trafiamy na ogródek w wersji de luxe , z duużym wieszakiem na pranie, gdzie możemy wreszcie wysuszyć zawartość sakw.
P.S. czyli pierwszaprzełęczMarka
Znaczy generalnie trochę inaczej sobie wyobrażałem podjazd. Nie śmiałem nawet myśleć, że będzie on na tyle stromy, żeby bardzo trzeba było się męczy w podjeżdżaniu od postoju do postoju. Początek był trudny, potem zacząłem się przyzwyczajać, że trzeba jechać do góry i to 5 km/h i koniec. Generalnie potem w trakcie nie było źle, ale końcówka podjazdu pod Jeszczeniehochtor była tragiczna, było bardzo odczuwalne zmęczenie oraz to, żołądek jechał cały dzień w zgiętej pozycji. No ale wiedziałem, że muszę podjechać. Po prostu cały czas myślałem o tym, żeby być już tam na górze i odetchnąć w spokoju, no i powiedzieć „HOCHTOR IS MINE”. No i powiedziałem. Zjazd był bardzo przyjemny, bardzo pewnie się czułem za kierownicą. Nie miałem żadnych lęków, prócz tego codziennego: „co z noclegiem?”:) Nocleg był miłą rekompensatą za ciężki dzień.
Do góry


Dzień 9 - 28.07.2008
poniedziałek
Winklern - Cortina d'Ampezzo
W nocy straszyła nas burza. Przebudziliśmy się, nawet nie wiem, o której godzinie. Ranek bez historii. Pożegnaliśmy się z panią Uśmiechniętą Gospodynią i pojechaliśmy w góry, na Iselsbergpass. Trochę słońce przygrzewało, ale dojechaliśmy sprawnie - a potem zjazd. Nadspodziewanie efektowny. Biliśmy rekordy prędkości ale generalnie penialiśmy. Po zjeździe w słoneczną dolinę robimy zakupy i ruszamy na ścieżkę do Włoch. Słońce świeci... do czasu. Tradycyjnie deszcz musiał przypomnieć o tym, że popaduje, a nawet ma koleżankę burzę. Trochę nas zmoczyło, ale generalnie nie jesteśmy z cukru więc się nie przejęliśmy. Przekroczyliśmy granicę włoską i wjechaliśmy w Dolomity, bardzo przyjemną doliną w górę rzeki. Potem trzeba było wybrać między wariantami drogi. Wybraliśmy kierunek w stronę ładniejszej pogody, choć wiodła wyżej, przez Misurinę. Nie żałowaliśmy decyzji bo podjazd był przyjemny, widoki na Dolomity przepiękne a i do domu znajomego Fabia nie było pod górę. Niestety Fabia nie udało nam się dorwać tak jak i każdego innego gospodarza. Wylądowaliśmy na campingu, drogim campingu. A na kolacje były pyszności. Do góry


Dzień 10 - 29.07.2008
wtorek
Cortina d'Ampezzo - Cesana
„Nie jedźcie do Cortiny, chyba że jesteście farmaceutami albo politykami z niepotrzebnymi pieniędzmi.” Ta myśl miała siedzieć w głowie cały dzisiejszy dzień autorowi tego tekstu:) jednak szybko o niej zapomniał. Dzień był dziś niezwykle budujący, ponieważ od rana mieliśmy dobre humory. Poranek był całkiem przyjemny, nawet zapłacenie wcześniej ustalonej kosmicznej kwoty nie zepsuło nam nastrojów. Od samego rana zaczęliśmy zdobywać Passo Falzarego. Jest to 12,5 km podjazdu, bez szczególnych piękności i uroków (no, może troszkę pod koniec;)) Podjechaliśmy w trzech turach tylko gdyż przełęcz nie była bardzo wymagająca. Znaczy, na tyle była męcząca na ile w momencie przygrzewało słońce. Generalnie zjazd bardzo przyjemny, chociażby dlatego, że trwał do końca dnia. Momentami padało i straszyło burzą, ale generalnie nie bardzo mokrzy dojechaliśmy do celu dnia dzisiejszego. W trasie usiłowaliśmy rozwiązać jeszcze zagadkę pod tytułem: „gdzie we włoskich supermarketach jest cukier?” Nie udało nam się nam go znaleźć w kilku kolejnych sklepach. Tomek znalazł nocleg na polu u rolnika, który mówił wyłącznie w języku włoskim, i to wcale nie mało mówił. Nasz lingwista jednak się z nim jakoś dogadał i w wersji finalnej nocleg zawierał w sobie również kąpiel w wannie, pranie i prąd zmienny. Do góry


Dzień 11 - 30.07.2008
środa
Cesana - Bovolenta
Rano nie nagabywani przez nikogo, po dość upalnej nocy ruszamy dalej. Niebo nie ma już ani jednej chmury, i od rana zapowiada się upał – czyli wreszcie Włochy. Od pierwszych kilometrów czeka nas solidny zjazd – najpierw doliną wśród gór, potem wśród pól. Przejeżdżamy dwa tunele – jeden 1200 metrów, drugi krótki. Po kilkunastu kilometrach jedziemy już po płaskim, ale jesteśmy tak nabici energią że poruszamy się z bardzo wysoką średnią. Tereny rolnicze, drogi coraz bardziej ruchliwe i nieciekawe, jedynie napisy na asfalcie pozostałość po maratonie odmierzają ilość kilometrów do Padwy. Zjeżdżamy aż na 11 m n.p.m.. Po drodze mijamy wiele ładnych kościołów. W Padwie najpierw sprawdzamy ceny biletów do kaplicy Scrovegnich, ale niestety dzisiaj nie będzie nam dane zobaczyć fresków Giotta, gdyż po pierwsze bilety są drogie, a po drugie już ich na dzisiaj chyba nie ma....Odpoczywamy dłuższą chwilę w ogrodach, po czym ruszamy na zwiedzanie miasta a czele z bazyliką św. Antoniego. Potem robimy zakupy, i kierujemy się w stronę ogrodu Botanicznego z List UNESCO. Nic dziwnego że się nim nie chwalą w folderach turystycznych – gdyż jest po prostu mało urzekający – ale za to jest najstarszy na świecie. Po drodze wiele osób nas wita m. in. z okrzykami – Bravissima Polonia – spotykamy tez dwie kobiety, z których jedna jest Ukrainką , rozmawiamy z nimi przez chwilę, oczywiście gratulują nam trasy i takie tam,. Z Padwy wyjeżdżamy bardzo sprawnie, i trafiamy na nocleg 10 km za miastem – od słowa do słowa i okazuje się ze właściciel zaprasza nas do świeżo wybudowanego domu. I wszystko „libero” łazienka duży pokój . Jak się jutro okaże – dach na dzisiejszą noc się bardzo przyda.... Do góry


Dzień 12 - 31.07.2008
czwartek
Bovolenta - Madonna di Albero
O 5 rano obudziła nas burza. Trochę to było niepokojące, w końcu ok 6:30 mieliśmy wstawać. Wstaliśmy ostatecznie ok 7 i sprawnie w miarę przygotowaliśmy to co było do przygotowania, czyli niewiele. Nawet śniadania nie mieliśmy do zjedzenia. Wyruszyliśmy więc na głodnego w etap do Ravenny. Po 17 km zjedliśmy w końcu śniadanie, bo znaleźliśmy supermarket i kupiliśmy mleko. Nawet cukier znaleźliśmy. Dzień upłynął pod znakiem upałów, mimo iż zaczął się deszczem. Ok 13 wróciła stara włoska pogoda a my smażyliśmy skórę. W połowie dnia minęliśmy Po, tzn. Pad tzn największą włoską rzekę. Etap był płaski więc gnaliśmy przed siebie robiąc dużo km bez przerw. Dojechaliśmy dzięki temu do Ravenny na 17 i zdążyliśmy obejrzeć mozaiki w San Vitale oraz rzutem na taśmę w St. Apollinaire Nuovo.. Udało się sprawnie zwiedzić i już po 19 zaczęliśmy szukać noclegu za miastem. Za pierwszym podejściem dostaliśmy pole pod drzewami. Fajne miejsce bo można było wykąpać, posiedzieć, ale też schować. Niestety po wodę pitną trzeba było jechać ok 1 km do... fontanny. Do góry


Dzień 13 - 01.08.2008
piątek
Madonna di Albero - Mercatino Conca
Dzień zaczął się normalnym pięknym wschodem słońca. Obudziliśmy się pogryzieni przez komary i pierwsze co zobaczyliśmy to ich najedzone brzuchy i zadowolone miny przy suficie sypialni. Zapowiadało się upalnie. I dobrze się zapowiadało bo cały dzień było bardzo gorąco. Jadąc, zahaczyliśmy o plaże, wykąpaliśmy się w Adriatyku i generalnie trochę czasu zleciało. Potem już ciągle go było mało. Dość ciężko się jechało mimo, że po płaskim. Słońce paliło nas w miejsca już opalone i do tego, nie pytając nas o zdanie podgrzewało nam picie w bidonach. W końcu nie wytrzymaliśmy i na rynku miasta Jakiegośtam zrobiliśmy sobie sjestę, w której zawarliśmy nawet krótką drzemkę. Czekało na nas San Marino, do którego prowadził podjazd, a raczej Podjazd. Na szczęście Opatrzność na czas podjeżdżania obdarzyła sklepienie nad nami obłokami, które skutecznie czyniły nam cień.:) Podjechaliśmy, choć podjazd był dość wymagający. San Marino, mimo, że wypełnione po brzegi konsumpcyjnymi stoiskami i sklepami z artykułami, które tak naprawdę nikomu do niczego się nie przydadzą (oprócz alkoholu, gdzie można było usłyszeć znajome dźwięki słowiańskiego języka znad Wisły), zrobiło bardzo pozytywne wrażenie. Z prawie-szczytu rozpościerały się bardzo ładne widoki. Zjazd z San Marino był tak dziwnie krótki, że nawet nie zdążyłem zmienić przerzutki a już zaczęliśmy dobijający i nikomu nie potrzebny podjazd pod następne wzgórze. Zjeżdżając już całkiem konkretnym zjazdem z tego wzgórza Tomek znalazł nocleg u bardzo sympatycznej włoskiej rodziny rolniczej, którzy za specjalnie dobrego miejsca na namiot to nie mieli.:) ale, że najpiękniej jest dzielić się czymś czego się ma mało więc zaprowadzono nas na miejsce gdzie mogliśmy dokonać czynności rozpakunku. Dostaliśmy wodę i szybko zebraliśmy się spać, gdyż było już ciemno. Nauczeni doświadczeniem posmarowaliśmy się jeszcze Autanem i przed snem urządziliśmy w namiocie rzeź niewiniątek. Do góry


Dzień 14 - 02.08.2008
sobota
Mercationo Conca - Ponte di Assi
Dzień zaczyna się bardzo upalnie na nasza zgubę. Zaraz po zjeździe do miasteczka rozpoczyna się podjazd, który trwa przez 10 km, wiodąc jak na złość przez najwyższe wzniesienia w okolicy, kolejne identycznie wyglądające górki i wylewa z nas hektolitry potu. Po drodze mijamy wielu kolarzy. Zjeżdżamy dobre kilka kilometrów bardzo krętą trasę, po czym kolejny podjazd, tym razem nieco przyjemniejszy., prowadzi aż do samego Urbino. Po drodze mały odpoczynek, z którego bardzo ciężko nam się zebrać z cienia, i przedłużamy go jak możemy. No, ale kiedyś trzeba ruszyć i o 13 jesteśmy w Urbino. Tam robimy krótki przelot przez stare miasto, konsultacje z młodą włoszką co dalszego przebiegu drogi, i już jedziemy na dół do Fermignano. Tam robimy sjestę w cieniu pod Conadem i spotykamy „Ryśka, co jeździ na ciężarówce i ma ciężkie życie kur*”. Zaprasza nas do siebie, ale nie decydujemy się, wiedząc że pewnie nie zwleklibyśmy się spod prysznica do wieczora. Tłumaczy nam przebieg naszej dalszej drogi, która według jego opowieści jest superstradą najeżoną groźnymi zakazami i tunelami i objazdami. A najpierw musimy zapierd.. przez Aqualanię. Po jego odejściu decydujemy się jednak jechać z podniesioną przyłbicą na spotkanie z tunelami zakazami i objazdami. Najpierw zapierd.. na Aqualanię w koszmarnym upale, potem jedna czeka nas przyjemny popołudniowy zjazd, zwieńczony panoramą naszych następnych kilkunastu kilometrów wiodących ...płasko.. Superstrada okazuje się zwykła stradą... są objazdy głównej drogi.. tunele są dwa... dostępne dla każdego. Żeby opis nie brzmiał zbyt słodko Marek łapie gumę, niestety nie słyszymy go, gdy woła, i musimy do niego wracać półtora kilometra. Na sam koniec dnia skręcamy z „superstrady” na drogę do Gubbio, i zmagamy się z 4 km podjazdu, którego ostra końcówka finiszuje długim tunelem. Potem zjaaaaazd do Gubbio, gdzie robimy wieczorne zakupy i ruszamy na nocleg na polu w Ponte di Assi. Do góry


Dzień 15 - 03.08.2008
niedziela
Ponte di Assi - Pontebari (Spoleto)
Wstaliśmy ok 5:30, gdyż mieliśmy w planach zrobić więcej kilometrów. Jakimś cudem zwlekliśmy się z karimat i zabraliśmy do porannego rytuału. Okazało się, że było bardzo zimno, a namiot był mokry. Nietypowo jak na tę część wyprawy rano przebieraliśmy się w dresy. Uwinęliśmy się względnie sprawnie i wyjechaliśmy o 7. Niestety za moment mieliśmy przymusowy postój bo trzeba było doprowadzić do pionu szalejącą przerzutkę Marka. Tak szalała, że zapominała przerzucać. W końcu ruszyliśmy dalej bezpośrednio przed jazdą odprawiając modły. Dzień pod znakiem pędzenia do Asyżu. Dojechaliśmy tam ok 11 i trafiliśmy na mszę akurat o 12. Przebraliśmy się ładnie, zostawiliśmy rowery "fra muro, sinistra" i poszliśmy na mszę do Bazyliki Superiori czyli Górnej Bazyliki Św. Franciszka. Po godzinie błogiego spokoju musieliśmy wrócić do codzienności i na słońce, przede wszystkim. Zjedliśmy posiłek i musieliśmy zmienić kolejną dętkę. Tym razem Łukasz, zaraz przed Asyżem, złapał gumę a'la Copperfield bo bez przebijania opony (tak jak Marek wcześniej) - Wyprawa Magików. Zostaję tylko ja, czyli Tomek, ale moje tylne koło jest scentrowane i dobijane ręcznie więc mam nadzieję że to już wystarczy. Potem jeszcze obejrzeliśmy resztę kościołów w Asyżu i pojechaliśmy dalej, w stronę Romy, która zresztą ukazała się na tablicach informacyjnych. W czasie wyjazdu zabraliśmy się na autostradę. Co uświadomili nam dopiero kierowcy na drodze. Na szczęście Polizia Stradale jechała akurat wtedy gdy robiliśmy postój na parkingu. Zjechaliśmy najbliższym zjazdem z autostrady i pojechaliśmy równoległą obskakując wszystko dookoła w poszukiwaniu kompresora lub pompki. A to dlatego, że nasze pompki nie umiały nabić opony Łukasza. Złośliwie przepuszczały powietrze przy dużym ciśnieniu (normalnie tego nie robią). W ten sposób bezskutecznie przelatywaliśmy przez stacje benzynowe, parking przed supermarketem i parking dla camperów. Nocleg znaleźliśmy przy seminarium za zgodą "rektora" czyli młodego szefa seminarium, pewnie również proboszcza tutejszej parafii. Bardzo miły człowiek. Namiot wysechł a my mogliśmy się zanurzyć w bagno, szkoda że zimne :) Do góry


Dzień 16 - 04.08.2008
poniedziałek
Pontebari - Rzym
„To był najtrudniejszy dzień wyprawy”. To zdanie wypowiada się nie jednego dnia wieczorem, gdy ze zmęczenia rozbija się namiot do góry nogami. Ale myślę, że dziś to zdanie jest zdecydowanie na miejscu, a na pewno po dodaniu „jak do tej pory”:). Od początku zapowiadało się ciężko. Pobudka o 4.45 niewiele dała, poza świadomością, że robimy cokolwiek w kierunku, by dojechać do Rzymu jeszcze dziś. Wyjechaliśmy z nadzieją, że zdążymy na zarezerwowany nocleg w miejscu, do którego nawet nie bardzo wiemy jak trafić. Podjeżdżamy na przełęcz o wysokości ponad 600 metrów, potem zjeżdżamy, i nagle okazuje się, że powietrzu w tylnym kole Łukasza nie jest dobrze i postanawia powoli je opuszczać. Początek kolejnego podjazdu Łukasz jedzie prawie na obręczy, na szczęście po jakimś czasie znajdujemy stację z bezpłatnym kompresorem, wiec wszyscy sobie dobijają opony. Na środku następnego podjazdu zauważamy, że koło Łukasza nie daje za wygraną. Szybka decyzja o zmianie dętki i jedziemy już do końca bez dętkowo-powietrznych problemów. Co jakiś czas jakiś postój w pośpiechu, jakieś zakupy, najczęściej napojów z powodów oczywistych. Przez 60 km, od zabytkowego Narni, wjeżdżaliśmy do Rzymu ''starą drogą'' czyli Via Flaminia. Można to było poznać nie tylko po tym, że co chwilę zjeżdżaliśmy na 200, 300 metrów żeby zaraz bezsensownie zjechać na 100, ale też i po tym, że asfalt wyraźnie wskazywał na swoją długoletnią służbę Rzymianom i ich Gościom. Wyglądał nie tylko jakby był kładziony przed naszą erą, ale jakby jeszcze do tego robili to Polacy. Wyjątkowo dziś asfalt działał nam na nerwy. Nasze sakwy mogły by służyć śmiało jako przewoźne szejekry do drinków w ilości do 10 l. Generalnie do końca drogi towarzyszyło nam niekorzystne zestawienie: dużo kilometrów- mało godzin. Ostatnie 20 km to na szczęście w miarę zjazd, który w jednym z pierwszych momentów odsłania nam fragment panoramy Wiecznego Miasta. Pierwsze wrażenie - „jakie to wielkie”. No, ale trzeba jechać. Wjeżdżamy do Rzymu jakieś pół godziny:) po płaskim:) Łukasz prowadzi nas do placu św. Piotra, aby to właśnie tam zakończyć pierwszą część wyprawy i podziękować Temu, dzięki któremu dojechaliśmy. Rozmawiamy na placu z Amerykanami i Polakiem, z którym rozmowa była bardzo ciekawa. Mój ulubiony fragment to: skąd przyjechaliście? z Dąbrowy Górniczej no wiem, ale skąd przyjechaliście rowerami...? Bardzo to budujące. Potem zaczyna się mniej przyjemna część wieczoru czyli nocna eskapada po Rzymie by znaleźć Piotrusia Pana. Znajdujemy go po godzinie, ale dowiadujemy się, że coś nie gra. Jakaś pomyłka w rezerwacji, ktoś czegoś komuś nie przekazał, tamten myślał, że zrezygnowaliśmy i po godzinie dezorganizacji i dezorientacji dostajemy, nazwijmy to umownie, pokój:) w piwnicy. Zmęczeni i rozżaleni kładziemy się spać. Do góry
Dzień 17 - 05.08.2008
wtorek
Rzym
Dzień zaczynamy późno, gdyż trzeba chociaż trochę odespać perypetie dnia poprzedniego. Schodzimy (a raczej wchodzimy) na śniadanie, które okazuje się być: rogalikiem w stylu zgnieciony 7-days, dwoma sucharkami, dżemikiem, oraz płatkami na mleku w mini miseczkach. No ale po 2-3 mini miseczkach nawet jesteśmy dość syci. Śniadanie przy takiej cenie noclegu to i tak jest wypas więc nie marudzimy. Na początek trzeba kupić bilety na metro. Jak to zrobić mając dziesięcioojrówkę, automat który wydaje maksymalnie 4 euro. Bilety za 3 euro, i brak możliwości rozmiany w promieniu 200 metrów? Koniecznym okazał się spacer do oddalonego baru. Nic to, jedziemy. Na Termini szukamy "information center" dość długo, i po ciężkich bojach stajemy się posiadaczami trzech egzemplarzy karty Roma pass. Są jakby skrojone na nasz wyjazd – 3 dni jazdy komunikacją miejską i wstęp za darmo do dwóch zabytków. Drugi punkt naszej dniówki wyłania się zza pleców pani sprzedającej nam karty – szyld internet. . Spędzamy tam pół godziny, po czym po zakupach udajemy się do bazyliki Santa Maria Maggiore czyli matki boskiej większej, Gdzie trafiamy dokładnie w odpust 5 sierpnia na mszę. Celem na dzisiaj jest zwiedzenie 4 głównych bazylik rzymskich, więc spod Santa Maria spacerujemy w dół do Św. Jana na Lateranie, czyli katedry biskupa Rzymu. Niestety ie jest nam dane obejrzeć kompletu zabytków na Lateranie, gdyż baptysterium i święte schody mają sjestę. Wsiadamy zatem w metro, żeby dotrzeć do okolic San Pietro. Po drodze pochłaniamy pizzę sprzedawaną na kawałki, ocenioną przez jednego z kelnerów po drodze jako very bad pizza. Odczekujemy swoje do jednej z bramek, w których sprawdzane jest czy nie należymy do al kaidy, i dostajemy się do głównej świątyni chrześcijaństwa. Poraża ogromem i tłumem zwiedzających, którzy są jak fala. Ilość turystów otacza tłumem każdy element wyposażenia z naciskiem na pietę. Skupienie się wewnątrz bazyliki choćby na moment jest niemożliwe. Po zwiedzeniu kierujemy się n zewnątrz aby wejść do grot watykańskich. Spędzamy dłuższą chwilę przy grobie Jana Pawła II. Kolejny punkt na trasie to kopuła. Wybieramy wersję ekonomiczno – sportową, czyli „per pedes” na ponad 40 stopni. Zliczeniem poddajemy się gdzieś po 200. Z racji rzymskich temperatur trochę się z nas leje. Oglądamy najpierw wewnętrzna część. Po czym wąskimi korytarzykami przeciskamy się na zewnętrzny taras skąd podziwiamy szeroką panoramę całego Rzymu i okolic. Podziwiamy ogrody watykańskie i resztę zabytków z góry, po czym schodzimy drugą stroną kopuły, która jest lustrzanym odbiciem wejścia. Ruszamy do ostatniej bazyliki nie wiedząc czy zdążymy przed zamknięcie. Po kolejnej dzisiaj przesiadce na Termini znajdujemy się przed bazylika, razem z grupą bardzo miłych starszych pań z opola. Bazylika św. Pawła, jest zdecydowanie najpiękniejszą z wszystkich czterech, jest dostojna, a co najważniejsze - bardzo spokojna. Podziwiamy zawieszone pod sklepieniem portrety wszystkich papieży,. Według legendy, gdy zabraknie na nie miejsca będzie koniec świata – wolne są jeszcze jedynie jakieś 4 miejsca :D Niestety jesteśmy brutalnie wyrzuceni równo z wybiciem 18.30. ;) Stamtąd już wracamy do Piotrusia Pana oczywiści przez ulubioną przez nas stację Termini. W schronisku spotykamy .... polaków..... z Wrocławia i ... uwaga Dąbrowy górniczej. Kolacja, potem małe co nieco, i usypiamy w szumie klimatyzacji rozchodzącej się z naszego pomieszczenia na cały budynek. Do góry
Dzień 18 - 06.08.2008
środa
Rzym
Wśród szumu morza wstaliśmy sobie przed 8, budząc się po 7. Mieliśmy w planach śniadanie jak najwcześniej, czyli o 8 i jak najszybsze wyjście w miasto. Działanie to było spowodowane tym że mieliśmy dziś zwiedzić ... <długi, niski dźwięk zwiastujący niebezpieczeństwo> ... Muzea Watykańskie ... <koniec dźwięku>. Chcieliśmy tam wejść jak najwcześniej żeby wyjść jeszcze przed zmierzchem. Wsiedliśmy więc w autobus, potem metro i dojechaliśmy do stacji Ottaviano, skądinąd już nam znanej. Z daleka ujrzeliśmy potok ludzi płynący chodnikiem wiec już wiedzieliśmy w jakim kierunku należy iść. Wpłynęliśmy w główny nurt rzeki która chwilę później rozbiła się o przełom drzwi wejściowych, w którym kręta tworzyła malowniczy krajobraz. Jako że nieźle pływamy więc przesuwaliśmy się szybciej niż główny nurt. Bezpośrednio przed wejściem znajdowały się groźne śluzy i odbywała się kontrola poziomu widoczności kolan i ramion. Jako że nasze kolana i ramiona nie są interesujące szybko wbiliśmy się w Muzea Watykańskie niczym potok z Jury Krakowsko-Częstochowskiej w wapienną skałę. Porównanie ludzi zwiedzających Muzea Watykańskie do rzeki jest jak najbardziej trafne, z kilku powodów: Ludzie wypełniali korytarze "po brzegi" i poruszali się powoli - ale stale w jednym kierunku, byli mokrzy przez co w korytarzach można było zaobserwować mikroklimat równikowy. No i najważniejszy powód: Jakby ktoś przez zupełny przypadek chciał iść w przeciwną stronę ... to utonąłby powalony nurtem... dosłownie. Zatrzymanie się w miejscu na minute wymagało dobrze wytrenowanej umiejętności stania na nogach. Na szczęście nie było śmiałków co by chcieli płynąć pod prąd. Generalnie Zwiedzanie (podkreślam: Zwiedzanie, myśmy tylko zwiedzali) Muzeów Watykańskich wymagałoby słuchawek na uszach a w nich dźwięku wiatru w polu lub odgłosów lasu no i 5 gości z ochrony bezpośredniej w promieniu 2 m. A że my biedne chłopaki więc musieliśmy sobie radzić sami. I jeszcze trzeba było się skupić, uważać na ludzi, niektórzy musieli robić zdjęcia lub filmy, a jeszcze trzeba było robić to w tempie płynącej rzeki. Muzea Watykańskie są przepiękne, bogate ... ale Zwiedzać je polecam po północy, gdy już jest nieczynne (pal licho że światła są pogaszone). A na pewno szczerze odradzam ostatnie niedziele miesiąca kiedy wstęp jest wolny i ludzie chyba chodzą piętrami, z partnerem na barana. Górny opowiada dolnemu co widzi, bo tamten musi się skupić na „iściu”. Obawiam się że w te dni zwiedzać są w stanie tylko kobiety i dzieci. Mimo wszystko spróbuje opisać to zwiedzanie (tak jakby nie było żadnych innych turystów). Zaczęliśmy od kupienia biletów (co pewnie niektórych czytających zwaliło z krzeseł). W każdym razie kupiliśmy je ze zniżką na polskie legitymacje! Ave Ten Facet z Budki! a potem rozpoczęliśmy drogę do Kaplicy Sykstyńskiej przez połowę muzeów zwiedzając między innymi Stanze Rafaela, kolekcję starych map namalowanych na ścianach w formacie 20x A0, oraz kolekcję sztuki współczesnej. Miłym akcentem był także obraz Jana Matejki – „Sobieski pod Wiedniem”. Kaplica Sykstyńska była piękna i jednocześnie przytłaczająca z racji funkcji którą pełni. Okazała się stosunkowo mała więc zastanawialiśmy się jak kardynałowie się w niej mieszczą. Oglądaliśmy długo i namiętnie Sąd Ostateczny i Pierwsze Tchnienie Adama. Muszę wrócić na moment do motywu rzeki. Ludzi w kaplicy było tylu że uświadomiliśmy sobie że pomieszczenie wszystkich kardynałów świata w ich pięknych fotelach jest pestką. Niestety, co zrozumiałe, było też głośno choć zasady panujące w kaplicy są przejrzyste dla wszystkich. Co chwila słychać więc było okrzyk ochroniarza Silence!! szszszszsz!!. Wiem co może zobrazować zwiedzanie Muzeów Watykańskich i wejście do Kaplicy Sykstyńskiej. Graliście kiedyś może w taką starą grę Pipemania lub jej pochodne? układało się w niej rurociąg uciekając przed płynącą w nim wodą. Więc ludzie zwiedzający to ta woda a Kaplica Sykstyńska to taki owalny zbiornik, mieszczący sporo wody... To tyle anegdot. Wracamy do Rzymu. Po obejrzeniu Kaplicy Sykstyńskiej odnaleźliśmy jeszcze kilka innych ważnych zabytków. Budynek opuściliśmy pięknymi okrągłymi schodami wysokimi na kilka pięter. Po wyjściu ruszyliśmy do Koloseum. Niestety tu odkryliśmy uroki zwiedzania Rzymu w sjestę. W Koloseum byliśmy ok 12 i dało się to odczuć. Budowla robiła wrażenie, ale też czuć było że jest tak jakby trochę mniej porywająca niż zabytki Watykanu (wiem, wiem... ale to moja opinia). Z Koloseum przeszliśmy do Palatynu gdzie na trawce przespaliśmy jakiś czas. Potem w największym słońcu (koło 14-15) zwiedzaliśmy Forum Romanum. Następnie pojechaliśmy do kilku mniejszych acz bardzo ważnych kościołów Św. Piotra w Okowach, Św. Klemensa, Św. Krzyża, El Gesu i Św. Marka. W międzyczasie zwiedziliśmy Baptysterium na Lateranie i modliliśmy się na Świętych Schodach. Dzień zakończyliśmy w De Sparze, kupując warzywa na wyczekiwaną z dawna ucztę. Niestety do drugiego marketu nie zdążyliśmy mimo iż Marek targany emocjami rzucił się w jego kierunku i od stacji metra biegł co tchu by zdążyć przed zamknięciem. Jeszcze tylko pyszny obiad i rozmowa z Loganem - naszym sympatycznym kanadyjskim znajomym. (był w Krakowie) Do góry
Dzień 19 - 07.08.2008
czwartek
Rzym
Dzień zaczynamy od Katakumb s Agnieszki za Murami. Podstawowy powód – dlaczego tam – jest taki, że są ponoć jednymi z najrzadziej uczęszczanych w Rzymie. Słowo z przewodnika staje się ciałem, i dwudziestominutowy spacer po starożytnej nekropolii odbywamy w sześcioosobowej grupie z miłą przewodniczką mówiącą w świetnym angielskim. Po wyjściu oglądamy jeszcze mauzoleum Konstantyna, które według przewodnika doskonale łączy motywy chrześcijańskie i pogańskie, i i jedziemy na ulubioną stację Termini. Tam całujemy klamkę u św Praksedy, po czym ruszamy na obowiązkową trasę po Centro Storico. Plac i schody hiszpańskie są średnio olśniewające i hiszpańskie, przy Trevi turystów jest tyle, że fontanna jest ledwie widoczna,. Potem Pantheon, który faktycznie robi gigantyczne wrażenie, szczególnie dzięki wielkiej kopule. Na koniec Pza Navona, ale fontanna 4 rzek jest w remoncie. Kierujemy się z powrotem do Watykanu, gdzie odwiedzamy znów groty watykańskie, a później wysyłamy listy i kartki. W drodze powrotnej zagalopowujemy się na wielki podziemny parking autokarowy, a następnie dość długo sjestujemy czekając na autobus na Zatybrze. W tej zaniedbanej dzielnicy znajduje się piękna bazylika Santa Maria in Trastevere z mozaikami. Stamtąd spacerem idziemy a Awentyn, by chwilę odpocząć w ogrodach u św.Sabiny z pięknymi widokami na Rzym, zobaczyć w/w bazylikę, oraz słynną dziurkę od klucza u kawalerów maltańskich. Schodząc w dół podziwiamy jeszcze kolejkę osób nie ufających własnemu sumieniu do „ust prawdy” oraz czaszkę św. Walentego wewnątrz kościoła. Stamtąd ewakuujemy się do domu, gdzie dłuższe zakupy na dalszą część trasy, i bardzo obfita kolacja w postaci leczo z kotletów sojowych by Marek „kucharz pokładowy” Kawczyk Do góry


Dzień 20 - 08.08.2008
piątek
Rzym - Tuscania
Jak mówią łotewscy górale: „ciężki dzień po przerwie w Rzymie, ale się nie martw- zmęczenie minie.” Pierwszą godzinę, po zjedzeniu śniadania i wyruszeniu w drogę, święcimy na wyjazd z miasta Rzym:). Mimo, że tłoku dużego nie było na drogach:) staramy się zrobić w miarę tanie zakupy i rozpoczynamy tworzyć listę RKZzPP, czyli „rzeczy, które zapomnieliśmy z Piotrusia Pana”. Zaczęliśmy od bolesnej prawdy, że mamy ukochane noże zostały ślicznie umyte, ale leżące kolo zlewu w kuchni hostelu, potem szybko dopisujemy Łukasza chustę, choć tylko ołówkiem, bo to jeszcze nic pewnego. Podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej i nie wracamy do hostelu po rzeczy. Jedziemy, jedziemy, do góry, na dół itd. Na szczęście dziś zbyt gorąco nie było (jak na centralne Włochy), bo na niebie pojawiły się chmurki. Świadomi opóźnienia robimy krótkie jedzeniowe przerwy między jedną górką a drugą i ostatecznie robimy 110 km. Dojeżdżamy do miasta docelowego i okazuje się, że nie dość, że zalatuje turystyką to jeszcze do tego w centrum jest jakiś festyn, który na pewno wywlókł większość potencjalnych dawców noclegu ze swoich domów. Szukanie noclegu trwa godzinę. Otrzymujemy fragment pola od mieszkańca, na szczęście mieliśmy ze sobą trzy butelki wody, bo okazało się ze takowej nie dostaniemy. Jemy, myjemy się i spać. A to wszystko po ciemku:) Do góry


Dzień 21 - 09.08.2008
sobota
Tuscania - Buonconvento
Rano zebraliśmy się żwawo, żeby nie spotkać się z gospodarzem. Baliśmy się, że mu się odmieni i będzie chciał zapłaty. Wyjechaliśmy ok 7:15 i ruszyliśmy powoli w kierunku Sieny. Po drodze mijaliśmy jeziora powulkaniczne, nie wszystkie było widać ale jak już to robiły wrażenie. Dzień tradycyjnie rozpoczął się upalnie i taki już pozostał. Jechaliśmy przez góry, raczej nieuczęszczanymi drogami na początku a potem złapaliśmy Via Cassię i już się jej trzymaliśmy. Niedaleko od Sieny wjechaliśmy w krajobraz bardzo suchy i górzysty. To że był suchy wydało się dziwne z powodu bliskości morza i tego że byliśmy w rejonie rolniczym - Toskanii. Po przejechaniu przez tunel pod jednym z grzbietów wjechaliśmy w prawdziwą Toskanię. Piękną i zielono-brązową. Gdzie okiem sięgnąć pagórki były pokryte polami ze skoszonym zbożem, które zrolowane efektownie leżało jak klocki. Właściciele ziem mieszkali dumnie na szczytach pagórków. Krajobraz prawdziwie rolniczy. Jak z opowiadań o Toskanii i z pocztówek. Noclegu szukaliśmy długo i wytrwale i jak to czasami bywa opłacało się. W ostatnim domu w mieście znaleźliśmy przesympatycznych Włochów. Zaprosili nas na posiłek wieczorny i poranny w postaci typowo toskańskich potraw, które jedliśmy razem z nimi. Mieliśmy również dostęp do bagna i bardzo wiele radości. Nocleg marzenie. Do góry


Dzień 22 - 10.08.2008
niedziela
Buonconvento - Vicarello
Niedziela:) Pięknie się zaczęła pysznym śniadaniem i rozmowami łamanym włoskim z miłymi gospodarzami. Ciężko, było wyjechać, więc zebraliśmy sie dopiero na 9.00. Podbudowani wieczorem i porankiem, w świetnych humorach i podśpiewując pod nosem jedziemy przed siebie do Sieny. Dojeżdżamy i okazuje się, że msza jest za 5 minut. Drobne problemy z rowerami szybko rozwiązujemy zostawiając rowery na tzw. „Panie Boże czuwaj!” i zdążamy na akt pokuty. Katedra robiła niesamowite wrażenie, ale wejście poza mszą było płatne. Przejeżdżamy jeszcze przez niezwykle malownicze Il Campo, czyli wielki rynek w kształcie muszli, mijając niezwykle efektowną paradę flagowo-bębnową dzielnych contrade, która zwiastowała przyszłotygodniowe Palio, znajdujemy hotel, w którym mieszkał Zbigniew Herbert i ruszamy dalej. Generalnie rzeźba terenu nie dała nam jakoś niespodziewanie w kość, ale momentami słońce i niedzielny brak picia oraz brak otwartego sklepu dawał zniechęcającą mieszankę. Kupujemy wodę za ponad euro w barze i podjeżdżamy pod Miastozwierzami (San Gimignano – by ŁT). Gdzie czeka na nas ratujące nam życie źródełko z wodą pitną. Szybki obiad, uzupełnienie płynów, odpoczynek, zwiedzanie dość fascynującej starówki, i ruszamy dalej, bo późno, a przed nami jeszcze podjazd na 450 m n.p.m. Nocleg znajdujemy za pierwszym podejściem na polu niedaleko wielorodzinnego domu. Otrzymujemy wodę i szybko jedząc idziemy wcześnie spać, bo jesteśmy 35 km od celu dnia dzisiejszego. Do góry


Dzień 23 - 11.08.2008
poniedziałek
Vicarello - Querceta
Nocleg jest bardzo dobry, rano sprawnie wyjeżdżamy i cały czas w dół, jedziemy do oddalonej o 50 km Pizy. Jedzie się bardzo szybko, ponieważ po raz kolejny zjeżdżamy niemal na poziom morza. Na „polu cudów” oczywiście tłum ludzi. Zwiedzamy plac przed katedrą robimy pamiątkowe zdjęcia wieży, katedrze i baptysterium, ale także ludziom, którzy pod wpływem bliskości wieży zaczynają wykonywać nietypowe ruchy za pomocą rąk i nóg ;) Ja jako przedstawiciel wyprawy zwiedzam również wnętrze katedry. Najbardziej bawi nas cena wejściówki na wieżę, która wynosi ...16 euro. Może zawiera ubezpieczenie na okoliczność zawalenia się wieży ;). Wyjazd z miasta jest chyba najprostszy w historii, gdyż Piazza de Miracoli położona jest tuż przy drodze wyjazdowej na północ. Jedziemy jakieś 15 km, i zjeżdżamy na wybrzeże, aby zasmakować kąpieli po drugiej stronie włoskiego buta. Niestety rowery musimy zostawić znów na opiekę Bożej Opatrzności, gdyż na plaże jest daleko, a na sam piasek wstęp z rowerami jest zabroniony. Po dłuższej kąpieli słonecznej i morskiej zniechęceni ruszamy dalej, przez najbardziej zatłoczoną część wybrzeża. Jest bardzo męczące przeciskanie się przez zatłoczone samochodami i ludźmi ulice. Każda kolejna sygnalizacja świetlna wzbudza w nas agresję. Mamy duże obawy o powodzenie naszego najbliższego darmowego noclegu, już się szykujemy na wydatek na campingu, gdy Tomek znajduje miejsce na terenie na którym trwają przygotowania do nadchodzącego festiwalu tańca. Nie jest bardzo komfortowo, ale co najważniejsze jest za darmo. Do góry


Dzień 24 - 12.08.2008
wtorek
Querceta - Manarola -Genova
Rano na terenie festiwalu tańca nie ma nikogo, ruszamy więc, i jedziemy dalej wzdłuż plaży. Około 30 km jest płasko wzdłuż linii brzegowej, a potem zaczynamy się wspinać na coraz większe wzgórza otaczające zatokę. Zjeżdżamy do La Spezii, która okazuje się niezbyt ładnym portowym ruchliwym miastem. Spotykamy tam mieszkającą tam Polkę, która zdaje nam bardzo obszerną relację z życia miasta i okolic. Z La Spezii droga staje dęba, aby przebić się na drugą stronę łańcucha wzgórz, który chroni od cywilizacji 5 rybackich wiosek czyli Cinque Terre. Po przejechaniu tunelu na końcu podjazdu naszym oczom ukazuje się przepiękny widok – lazurowe morze, skaliste wybrzeże, i bajecznie kolorowe rybackie wioski na dole. Zjeżdżamy do jednej z nich – Manaroli, gdzie przez dłuższą chwilę odpoczywamy podziwiając okolicę, Po wyjeździe do góry, do głównej drogi i chwilowej kontemplacji dalszej trasy, która znów staje dęba decydujemy przyspieszyć tempa i przejechać przez dalszą część Cinque Terre pociągiem, zjeżdżamy więc na dworzec w Manaroli, który znajduje się wykuty między skałami, rozmawiamy z kolejnymi polakami, i ruszamy na spotkanie nieuniknionemu. Nieuniknione nadchodzi na stacji na dworcu w Sestri Levante. Gdy podaję (Łukasz) rower Tomkowi wypada on z moich rąk w drzwiach pociągu zbyt wcześnie , i niekontrolowany upada na łydkę Tomka, dokładnie trafiając zębatką korby w jego łydkę. Tworzy się kilkucentymetrowa rana, która nie wygląda dobrze. Po prowizorycznym zabandażowaniu udajemy się do szpitala. Żeby nie było zbyt łatwo okazuje się, ze dyżur jest w oddalonej o 5 km miejscowości Lavagna, do której Tomek jedzie karetką, uspokajany przez pielęgniarza, ze nie będą jechać na sygnale przez miasto. Pocieszeniem jest to, że bez żadnych zastrzeżeń akceptowana jest karta wydana przez NFZ. Reszta wyprawy do Lavagny dojeżdża pociągiem, a ja udaję się do szpitala, tam spotykam się z Tomkiem, który jest już opatrzony, i następnie czeka na szycie rany CZTERY godziny. Decyzja lekarza jest nieodwołalna – zakaz jazdy na rowerze przez dziesięć dni. Oznacza to zatem koniec wyprawy. Decydujemy się w ciemno jechać do Genui, licząc że tam znajdziemy jakieś połączenie w kierunku granicy austriackiej. Zdążamy na ostatni pociąg do Genui, gdzie znajdujemy się o 23.00 Otuchy dodaje nam spotkany Włoch, który oczywiście ma znajomych w Polsce, pomaga nam przy rowerach, i żegna nas swojskim „dobranoc” Na peronie rozbijamy nasz mały cygański obóz, i czekamy na pociąg który odjedzie do Mediolanu o 5 rano. Do góry


Dzień 25 - 13.08.2008
środa
Genova - Tarvisio -Villach
Pobudka o 5, i pakujemy się do pociągu w kierunku Mediolanu. Na dworze jest jeszcze ciemno, a my jedziemy. Żegnamy się z wszechobecną reklamą LG, i jedziemy. W Mediolanie mamy jakieś 15 minut na przesiadkę i kupienie biletów – w Genui kasy były otwarte dopiero od 6, a w automacie udało nam się kupić tylko do Mediolanu. Kasjerka nie mówi ani słowa po angielsku, jednak udaje nam się kupić bilety bez najmniejszego problemu aż do samego Tarvisio. Wsiadamy do pociągu, okazuje się, że czeka nas jedna przesiadka mniej, i jedziemy bezpośrednio do miasta Romea i Julii. W Weronie mamy aż 3 godziny czasu, więc Tomek zostaje przy rowerach, a my udajemy się na polowanie, oraz kupić lek w aptece dla Tomka. Nie mamy już nawet siły zwiedzać. Przy okazji kupujemy wyśmienitą włoską pizzę. Z Werony jedziemy kolejnym „regionalem” do Mestre, stamtąd do Udine, a ostatnim już pociągiem do Tarvisio. Ostatni pociąg jedzie już przez wysokie góry, i co ciekawe, jego większość trasy pokonuje długimi tunelami. Hitem w tym pociągu jest toaleta, która sama spłukuje, czyści deskę klozetową itp. W Tarvisio żegnamy się z Tomkiem, który będzie czekał z racji kontuzji na pociąg przez granicę, który będzie odjeżdżał północy, a my jedziemy 30 km do Villach na rowerach, na szczęście okazuje się że te 30 km głównie są z górki. Żegnamy się z Italią, a po drodze podziwiamy jeszcze ostatnie widoki na oświetlone zachodzącym słońcem Alpy. W Villach jesteśmy o 21, i zadomowiamy się w szklanej poczekalni na pięknym dworcu kolejowym. Do góry
Dzień 26 - 14.08.2008
czwartek
Villach - Ceski Tesin - DG
Nasza szklana poczekalnia jest przytulna, do tego klimat tworzy dwójka obściskujących się mieszkańców Azji. Przed drugą w nocy podjeżdża pociąg z Tarvisio, którym przyjeżdża Tomek, okazuje się, ze tym pociągiem nie możemy jechać dalej, gdyż konduktor ledwo wpuścił do środka Tomka na tak krótką trasę. Czekamy zatem do 5 rano, bardzo cierpliwa na nasze wątpliwości kasjerka sprzedaje nam bilety na EuroCity do Wiednia. Wsiadamy, ładujemy rowery do bagażówki, znajdujemy wolny przedział... i budzimy się przed Wiedniem. W zasadzie na tyle żeby się spokojnie dobudzić spakować i wyjść. Na stacji Wien Sudbanhof szybka akcja, żeby dowiedzieć się z którego peronu odjeżdża nasz EuroCity do Brna, decyzja że bilety kupimy w pociągu, szybka jazda przez dworzec, i lądujemy w gigantycznym wagonie rowerowym. Podkreślam – to jest EuroCity. Pytamy znajdującej się tam konduktorki o bilety, lecz ona każe nam czekać na swojego kolegę, który sprzedaje bilety. Pytamy po chwili powtórnie, lecz ona każe nam czekać dalej. Tym sposobem zatem dojeżdżamy do Breclavia - niestety konduktor się nie pojawia, więc wysiadamy... W Breclaviu kolejna przesiadka, tym razem na osobny do Prerova, stamtąd już kolejnymi osobnymi do Cieszyna, gdzie czka na nas umówiony transport. Poszkodowany Tomek wraca z rowerami samochodem, a pozostała dwójka wraca pksem i i „d” do domu... Wcześniej niż myśleliśmy... koniec... Do góry





