Dzień 1 - 23.06.2007
sobota
Bielsko-Biała - Koniaków
Początek wyjazdu jak zwykle na wariackich papierach – Łukasz pracuje na rano więc wyprawę możemy zacząć dopiero o 13.00. spotykamy się w Katowicach, wymieniamy złotówki na korony, i udajemy się na dworzec PKP. Tam oczekiwanie w długiej kolejce po bilety, i wsiadamy pociągu, który nie chce odjechać, bo musi przepuścić spóźniony pociąg pospieszny. Ale w końcu ruszamy i dojeżdżamy niemal punktualnie do BB. Tam okazuje się, że licznik w rowerze Łukasza nie chce zaskoczyć (ach, te systemy bezprzewodowe). Przebijamy się przez rozkopane robotami drogowymi Bielsko, na szczęście mimo pierwszego dnia wakacji nie ma zbyt dużego ruchu. Łukaszowi dają się we znaki trudy pracy i 20 minut drogi do Szczyrku niemal przesypia jadąc na rowerze. Wymusza to zrobienie małego postoju. Decyzja ta spodobała się chyba licznikowi, bo zaczyna działać. Niemal od razu po ruszeniu z gościnnego przystanku zaczyna kropić, z racji tego jednak że jest późno i stosunkowo niedaleko decydujemy się jechać dalej, im wyżej, tym zaczyna mocniej lać, na dodatek jeszcze zaczynają pobrzmiewać grzmoty. Na podjeździe wyprzedza nas młody człowiek na szosówce, spotykamy się również na gorze, biedak nawet nie ma ubrań na zmianę, my na szczęście wzięliśmy bluzy ze sobą. Ubieramy co mamy i zaczynamy zjazd, na którym jednak okazuje sie jest w miarę ciepło. Niemal juz w Wiśle pokazuje sie słońce ze śliczną tęczą, jednak jesteśmy przemoczeni do szczętu, wiec niewiele to pomaga. W Malince odbijamy w stronę jeziora, żeby przez Stecówkę dostać sie do Koniakowa. Na ostatnim podjeździe dopada nas znowu deszcz, i towarzyszy aż do noclegu, Na szczęście na naszym noclegu w domu weekendowym rodziny Marka jest piec przy którym możemy wysuszyć mokre ubrania i obuwie. Po przyjeździe znowu wita nas tęcza.
Do góry
Dzień 2 - 24.06.2007
niedziela
Koniaków - Ruzomberok Hrboltova
Rano juz na szczęście jest ciepło i sucho, nasze ubrania tez. Wyjeżdżamy więc, ale po kilkuset metrach musimy sie zatrzymać, bo okazuje sie ze koło w rowerze marka jest nieco krzywo założone. Okazało się, ze hak przerzutki zaczął przekrzywiać kolo, musiało być źle dokręcone. Jedziemy. Po 200 metrach znów postój, tym razem okazało sie ze przy poprzedniej naprawie popuściła śruba mocująca linkę przerzutki, należało wyregulować całą tylną przerzutkę. Na szczęście to juz koniec przygód, i wspinając się najpierw do Istebnej, a następnie do Jaworzynki zbliżamy się w stronę przejścia granicznego turystycznego w Ciernym. Przejście graniczne przeznaczone jest raczej dla pieszych, mimo iż na mapie poprowadzony jest tamtędy szlak rowerowy – no chyba ze kogoś bawi skakanie po schodach. Po drodze jeszcze zaczepia nas Słowak, który dziwi sie ze nie przewozimy alkoholu. Ruszamy drogą w kierunku Svrcinovca i Cadcy. Kilka km za Cadcą skręcamy w boczną drogę, aby ominąć ruchliwe drogi krajowe i dostać się w okolice Terchovej. Dookoła piękne widoki na CHKO Horne Kysuce. Droga wspina się bardzo powoli, by za miejscowością Lutiska osiągnąć pierwsze wzniesienie 700 m. Mimo iż jest to niewielka przełęcz, widoki na przedgórze małej Fatry są bardzo ładne. Na przełęczy w cieni robimy mały popas, kontemplując ilość poprowadzonych szlaków rowerowych. Równie ciekawy choć krótki jest zjazd z przełęczy. Dojeżdżamy do głównej drogi, i kierujemy się w stronę Terchovej. Po drodze uzupełniamy płyny na stacji benzynowej ;) Przejeżdżamy przez Terchovą która znana jest jako miejsce urodzenia słynnego Juraja Janosika Za Terchovą czeka nas kolejny podjazd na nieco wyższą od poprzedniej przełęcz. Na szczycie jakiś Słowak zwraca się do nas z nietypową prośbą: kręci film o kolarzach i prosi nas, abyśmy przejechali kilka razy polną drogą w kierunku jego kamery. Chyba czaił się tam już chwilę, bo po sfilmowaniu naszej jazdy kręci jeszcze paru innych kolarzy (swoją drogą przełęcz jest bardzo popularna wśród rowerzystów). Zjazd jest bardzo przyjemny, bo trwa niemal do końca dnia (jakieś 25 km).Nie znajdując odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu (park narodowy Wielkiej Fatry) zjeżdżamy aż do Ruzomberoku, gdzie przejeżdżamy przez Wag, aby w podmiejskiej dzielnicy móc rozbić się na łące sympatycznego Słowaka, który specjalnie dla nas wykosił fragment łąki pod namiot. Nasz posiłek wzbudzał zainteresowanie lokalnych kotów, z których dwa chciały nam wejść do sakw i menażek, a jeden siadł obok, i cierpliwie czekał aż oddamy mu jemu należną część :) Nocleg ideał, a 50 metrów od naszego namiotu była linia kolejowa, po której co kilkanaście minut przejeżdżał pociąg :)
Do góry
Dzień 3 - 25.06.2007
poniedziałek
Ruzomberok - Strba
Nie spieszymy się ze wstawaniem, na szczęście noc była bardzo ciepła. Wyjeżdżamy w kierunku Ruzomberoku, by po 4 km bardzo ruchliwą trasą osiągnąć centrum, gdzie w Tesco robimy zakupy. (Przy okazji Marek dokonuje dobrego uczynku, pilnując roweru młodemu Słowakowi, który nie miał “zapinki”). Stamtąd znajdujemy drogę w stronę Banskiej Bystrzycy, by w nią skręcić w kierunku skansenu w Vlkolincu. Jak się okazuje, skansen jest oddalony od centrum jakieś 10, a nie jak wskazywała nasza mapa 5 km. Po drodze musimy zatrzymać się aby podziwiać start wyścigu kolarskiego. Na 7 km droga do skansenu skręca w niewielką dolinę, a następnie staje niemal pionowo (max. ok. 20 %) Na nasz widok sprzedający w kasie bilety Słowak stwierdził “sportowcy gratis” i w ten sposób zaoszczędziliśmy kilkadziesiąt koron. Rezerwat ludowej architektury w Vlkolincu robi fantastyczne wrażenie. Maleńkie domki ułożone na zboczu góry, strumyk przepływający przez środek wioski, i do tego fakt, iż wioska jest cały czas zamieszkana. Zwiedzamy miniaturowe muzeum wioski, gdzie dajemy się namówić na zakup świeżego owczego sera. Po zwiedzeniu wracamy do rowerów zostawionych przy kasie, gdzie dowiadujemy się o drogę powrotną do Ruzomberoku, która jest o połowę krótsza, udaje nam się również zgrać zdjęcia z kart pamięci na databank (rozładowana bateria). Sympatyczny pan pokazuje nam zdjęcia które zrobił kilka dni wcześniej na widocznej obok łące, które przedstawiały niedźwiedzicę z młodymi. Miło się gawędzi, ale musimy ruszać dalej. Okazuje się, że droga skrótem prowadzi jeszcze chwilę pod górę, z której to góry możemy podziwiać widok na całą kotlinę w której położony jest Ruzomberok, oraz na oddalone i zamglone Tatry. Droga jest stroma i szutrowa, ale faktycznie jest niemal o połowę krótsza. No, ale z sakwami to chyba byśmy tutaj nie podjechali. Wracamy do głównej drogi w kierunku Liptovskiego Mikulasza. Na szczęście po kilku kilometrach główny ruch skierowany jest na autostradę, dzięki której mamy spokój od tranzytu. Zatrzymujemy się aby przekąsić co nieco, i musimy zmierzyć się z katastrofą w jednej z naszych sakw. Okazało się że rozwalił się słoik z dżemem, i wszystko w jednej z sakw jest słodkie i klejące. Po opanowaniu klęski ruszamy dalej. Widoki są ładne, ale niestety droga jest monotonna, i prowadzi niemal cały czas w górę i w dół przez 30 km zmagamy się z podjazdami i krótkimi zjazdami, którym towarzyszy najczęściej wiatr. Zjeżdżamy do Liptovskiego Mikulasza, i zwiedzamy Hypernovą, jedząc lody i podziwiając w międzyczasie Polaków którzy nabywają alkohol. Decydujemy się ominąć Demianowską Jaskinię Wolności, aby jutro móc zwiedzić Jaskinię Bielską. Z LM jedziemy wpierw płasko i przez las podnóżami Niżnych Tatr, potem coraz większymi podjazdami, na dodatek w coraz większym słońcu. kolejne podjazdy są coraz bardziej uciążliwe. Przejeżdżamy przez wieś Vychodna, która z racji tygodnia kultury ludowej ozdobiona jest ludowymi przysłowiami na co drugim domu. Ostatni podjazd jest bardzo ostry, i wznosi się niemal na 1000 m n.p.m. Zjeżdżamy do Strby, pod drodze mamy ładny widok na Kralovą Holę, którą chcemy zdobyć za trzy tygodnie. Za drugim razem znajdujemy nocleg, gdzie gospodarze są bardzo mili, ciągle sie uśmiechają, pozwalają na rozbić namiot na podwórku (!) do tego dają nam wodę, gospodarz chce nas częstować śliwowicą góralską itp. Zabawnym elementem są 3 dziewczyny w wieku szkolnym, które niby przypadkiem urządzają spacery przez podwórko koło naszego namiotu. No cóż... Potrzeba było nieco czasu na nabranie odwagi...... gdy już spaliśmy około 23.30 budzą nas szepty i szturchanie w stelaż. Marek wystawia głowę i zaczyna konwersację. Ośmielone paroma piwami Madzia i Wiera miały ochotę na spacer. Po polsko – słowacko -angielsku gawędzimy dłuższa chwilę a następnie odprowadzamy Madzię do domu, bo inaczej chyba tak stalibyśmy do rana...
Do góry
Dzień 4 - 26.06.2007
wtorek
Strba - Cerveny Klastor
W nocy jeszcze pogrzmiewa burza, a nad ranem budzi nas deszcz, więc nie jesteśmy zbytnio wyspani. Na dodatek jest bardzo silny wiatr, zatem nasze śniadanie – jajecznicę przygotowujemy w przedsionku namiotu. Na szczęście zanim wyjedziemy zaczyna się przejaśniać... złudne nadzieje. Po kilku kilometrach podjazdu do Strbskiego Plesa zaczyna kropić, potem mocniej i mocniej. Dopiero na samej górze przestaje, za to jest silny wiatr, który dość mocno przeszkadza. Decydujemy się nie wjeżdżać podobnie jak dwa lata wcześniej nad Popradzki Staw, ale zjeżdżać w dół. Jesteśmy dość mocno zziębnięci, wiec decydujemy sie zjeść gorący posiłek i wypić herbatę. Jedziemy w dół, nie pada, ale nad pięknie położoną Drogą Wolności nie widać ani jednego szczytu....Gerlach i Łomnicę musimy sobie wyobrażać. Zjeżdżamy aż do Tatrzańskiej Kotliny gdzie udajemy się zwiedzić Jaskinię Bielską. Oprowadza nas bardzo sympatyczna Słowaczka (!!!). Po wyjściu okazuje się, że Jaskinia Bielska jest pierwszym miejscem w naszej karierze rowerowej, gdzie musimy zapłacić za przypilnowanie rowerów... (...) ... Po wyjściu okazuje sie ze pogoda się radykalnie zmieniła.. Na niebie nie ma niemal w ogóle chmur.. A my jedziemy już plecami do Tatr. Mijamy małe wioski. W jednej z nich wita nas stado małych Romów, którzy najwyraźniej mieli ochotę na nasze sakwy. Zrobili “zastawę” na niemal całą drogę, na szczęście jednak ustawili się na zjeździe, i chyba jednak bali się wywrócić rower rozpędzony do ponad 40 km/h. Łukaszowi tylko próbowali wyrwać ręcznik, a Marka jeden z nich próbował opluć. Okazało sie ze ta wieś i następna zamieszkiwana była niemal wyłącznie przez Romów. W Slovenskiej Vsi skręcamy w stronę widocznego wyraźnie masywu Magury Spiskiej, na którą wspinać się miała nasza droga aby dotrzeć na Przełęcz Magurską. Pierwsze kilometry są bardzo ostre, pot, szczególnie z Marka, leje się strumieniami. Na szczęście ostatnie 3 km są juz niemal płaskie,. Z samej przełęczy ładny widok na Tatry. Zjazd jest bardzo przyjemny, i prowadzi niemal do doliny Dunajca. Za Starą Wsią Spiską skręcamy w stronę Cervenego Klastoru, gdzie znajdujemy nocleg na campingu niemal u stóp Trzech Koron. Dodatkowym plusem noclegu jest fakt, ze kosztował nas tylko 130 koron, woda ciepła i prąd included (!!!!!!!!!!)
Do góry
Dzień 5 - 27.06.2007
środa
Cerveny Klastor - Nowy Sącz
Rano zbieramy się bardzo powoli, wiedząc że dopiero na 17.30 musimy być w Nowym Sączu. Niemal delektujemy się jazdą Drogą Pienińską, zatrzymując się często. W Szczawnicy przekraczamy granicę. W Krościenku robimy pierwsze zakupy i odwiedzamy centrum Światło – Życie, a następnie wzdłuż Dunajca ruszamy w stronę nowego Sącza. Pierwsze 15 km jest niemiłe, ponieważ musimy walczyć z wiatrem. Na szczęście w Łącku droga zmienia kierunek, i następne kilometry pokonujemy z wiatrem niemal dokładnie w plecy i dużo wyższą średnią prędkością. Mijamy bardzo ładny Stary Sącz, i dojeżdżamy do Nowego. Chwila błądzenia w poszukiwaniu dworca PKP... i oto koniec wyprawy. Ale to nie koniec przygód. Okazuje sie że osobowy pociąg z Krynicy przyjeżdża w postaci 1x EZT, na dodatek z 1 klasą (!) pech chce że na końcu składu, gdzie się wpakowaliśmy nie ma przedziału bagażowego, tylko 1 klasa. Zgodne z instrukcją konduktora musimy sie przesiąść do wagonu dla rowerzystów, który istnieje w środku składu w postaci “żeberek” zainstalowanych w miejscu wyjętych jednych siedzeń. Po zdjęciu sakw i zamocowaniu rowerów w pionie nie ma miejsca na nic, na dodatek musimy rowery przymocować naszymi gumami, bo jako mocowanie do żeberek dodane są tylko cienkie sznureczki. Po prostu PKP... dobrze że chociaż możemy usiąść. Dojeżdżamy do Krakowa, gdzie windą przedostajemy się na inny peron, przy którym stoi nasz pociąg do Katowic, na szczęście z normalnym wagonem bagażowym. Ładujemy rowery i czekamy na odjazd. Na peronie widzimy Henryka Kasperczaka, a przynajmniej jego sobowtóra ;-) Z Krakowa wyjeżdżamy w towarzystwie jednego starszego żula, i kilku młodych żulików w korytarzu, którzy na szczęście wysiadają w Krzeszowicach. Do Katowic przyjeżdżamy po 23.10 spóźnieni o 10 minut, na peronie czeka na nas tata Marka, pakujemy więc tradycyjnie rowery do Transita i udajemy się w stronę domu... :)
Do góry



